Kiedy słucham różnych dyskusji dotyczących na przykład Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan i innych ekumenicznych inicjatyw albo też zerkam na nagłówki portali związanych z katolicyzmem, co jakiś czas moją uwagę zwraca powracający temat jedności Kościoła. Ekumenizm – według różnych hierarchów i zwolenników szeroko pojętej jedności i inkluzywności – nazywany jest drogą, za którą każdy wierny powinien podążać. Przyjrzyjmy się, czy trajektoria Kościoła zaproponowana przez Sobór Watykański II to droga usłana różami, czy raczej jej główną część stanowią kolce zwiędniętych róż.
Ekumenizm dla każdego wiernego chrześcijanina często jest tematem, który porusza i wybija ze stagnacji duchowej, pobudza do duchowej aktywności. Trudno być obojętnym wobec braku jednego widzialnego Kościoła, skoro sam Zbawiciel w Ewangelii według św. Jana modli się podczas Ostatniej Wieczerzy „aby [Jego uczniowie] byli jedno” (J 17).
Jezus wspomina w tzw. arcykapłańskiej modlitwie również nas, prosząc Ojca za tych, którzy uwierzą w Jego imię przez Apostołów. W tej prośbie Chrystusa widać więc wagę zagadnienia jedności wśród chrześcijan, a sama prośba nazywana jest nierzadko testamentem Jezusa.
W testamencie zostawia się polecenia najważniejsze, a ludzie zbliżając się do śmierci przeważnie proszą o rzeczy, które są im najdroższe. Jeśli popatrzymy na tę modlitwę Chrystusa z tej „testamentalnej” perspektywy, to prośba o jedność, którą Mistrz zanosi do swoich uczniów, jawi się jako wizja Kościoła, z której realizacji uczniowie będą rozliczani. Z uwagi na charakter misji Jezusa oraz nasze pokrewieństwo z Nim i z innymi ludźmi wchodzącymi w skład Kościoła – który jest tworzony w Jezusie i przez Jezusa – prośba ta wybrzmiewa znacznie mocniej, a jej skala dotyczy dziesiątków pokoleń.
Spoglądając na Ewangelie w ten sposób, można odczuć frustrację i smutek, kiedy patrzymy na mniejsze i większe schizmy, które od wieków dzielą chrześcijan. Wśród nich oczywiście największą ranę wywierają rozłamy między Wschodem i Zachodem Chrześcijaństwa oraz wspólnoty kościelne powstałe w czasie reformacji i niedługo po niej.
Ekumeniczny podział
Sobór Watykański II znany jest z wprowadzenia świeżego spojrzenia na kwestie ekumeniczne w Kościele katolickim. Obserwując scenę publicystyczną w Polsce i na świecie, często dostrzegam dwa skrajne podejścia do interpretacji nauczania soboru na temat relacji Kościoła do innych wyznań chrześcijańskich.
Część tradycjonalistów zarzuca różnym inicjatywom ekumenicznym indyferentyzm religijny oraz irenizm, czyli obojętność i ustępstwa w doktrynie. Niektóre osoby powołują się często na nauczanie papieży i soborów sprzed Vaticanum II i zabraniają nawet wspólnych spotkań modlitewnych w jakichkolwiek okolicznościach. Niestety, dużo częściej można zauważyć w Polsce nacechowane wcale nie mniejszym zapałem podejście, próbujące w pokrętny sposób przedstawić ekumenizm jako zgodny z katolicką tradycją, ale bardziej otwarty na „inność” w kontekście sposobu przeżywania swojej wiary (często inność moralną i doktrynalną).
Coraz częściej za werbalne wyrażanie chęci, aby jakaś osoba z innej denominacji chrześcijańskiej dołączyła do Kościoła katolickiego, można zostać uznanym za prozelitę i zarozumialca, który zamiast kochać bliźniego, widzi w nim tylko potencjalnego członka katolickiego „plemienia”.
W końcu, nierzadko, jako wisienka na torcie, wspomina się takiemu prozelicie, że najpewniej ma on duchowość lękową oraz że ze strachu pragnie budować mury między ludźmi. Boi się tego, co obce, jest nieinkluzywny i pyszny, gdyż śmie twierdzić, że to jego Kościół jest tym, który Jezus założył.
Jaki więc jest Kościół Chrystusowy oraz co ważniejsze – gdzie się znajduje? Które inicjatywy ekumeniczne są przez niego pożądane? Przyjrzyjmy się różnym narracjom, które pojawiają się współcześnie w Kościele w Polsce i na świecie.
Czego Kościół naucza o ekumenizmie?
Zacznijmy od oficjalnych dokumentów wydanych przez Kościół katolicki. Wydaje się, że najwięcej do przekazania mógłby mieć dekret o ekumenizmie Unitatis redintegratio, który 21 listopada 1964 roku ukazał się światu podczas wspomnianego wcześniej ostatniego soboru. Tekst wyznacza zasady ekumenizmu dla katolików, ale także porusza zagadnienia doktrynalne dotyczące celu samego ruchu i inicjatyw z nim związanych.
Ważną kwestią jest zastanowienie się, czy dekret o ekumenizmie zmienia coś w rozumieniu Kościoła jako takiego. Przypisywana mu czasami rewolucja jest, według mnie, wynikiem bardziej życzeniowego myślenia niż rzeczywistego zrozumienia jego treści.
Dokument uznaje, że wskutek nie zawsze winy jednej ze stron w historii Kościoła katolickiego nastąpiły podziały, w wyniku których powstały z czasem liczne wspólnoty eklezjalne. Autorzy rozróżniają sytuacje chrześcijan urodzonych we wspólnotach w różnych wyznaniach odłączonych od Kościoła współcześnie i stwierdzają: „Tych zaś, którzy obecnie rodzą się w takich Społecznościach i przepajają się wiarą w Chrystusa, nie można obwiniać o grzech odłączenia”. Jest to nowe myślenie, potrzebne, kiedy w spolaryzowanym świecie patrzymy na siebie przez pryzmat podziałów. Warto jednak dodać, że w niczym nie zmienia to faktu, że same wspólnoty, reprezentując pewne poglądy sprzeczne z nauczaniem Kościoła katolickiego, mogą nadal być uznawane za heretyckie.
W tym samym trzecim punkcie dekretu autorzy przypominają: „Pełnię bowiem zbawczych środków osiągnąć można jedynie w katolickim Kościele Chrystusowym, który stanowi powszechną pomoc do zbawienia”. Ta pełnia nie jest jakimś wyimaginowanym konceptem, którego nie można nazwać. Jedność, do której dążymy, nie jest też jednością, której kształt i struktury w żaden sposób nie są nam objawione. W soborowym dokumencie Kościół uznaje, że poza katolicką wspólnotą działa Duch Boży i: „wśród elementów czy dóbr, dzięki którym razem wziętym sam Kościół się buduje i ożywia, niektóre i to liczne i znamienite mogą istnieć poza widocznym obrębem Kościoła katolickiego”, ale istnieją one po to, żeby zaprowadzić do Jezusa poprzez powrócenie do jedynego Kościoła, którego On jest założycielem. Taka interpretacja zgodna jest z duchem dokumentów Piusa XII, które pod koniec lat 40. i na początku lat 50. XX wieku traktowały właśnie o ekumenizmie.
Dalsza część dokumentu, poświęcona jest raczej praktykowaniu ekumenizmu niż teologii. Nie widać tutaj zmian dotyczących eklezjologii czy też zmiany w rozumieniu dogmatów.
Dekret o ekumenizmie ma charakter raczej duszpasterski i tak też powinien być odczytywany. Zachęta do wspólnej modlitwy czy różnych działań społecznych na rzecz na przykład ochrony życia jest przełomem dyscyplinarnym – bardzo pięknym i potrzebnym – ale nie znosi nauczania, że Jezus założył jeden Kościół, do którego wszyscy ludzie są powołani.
Tożsamość katolicka a ekumenizm
Tymczasem wśród osób, które ekumenizmem zajmują się na co dzień, nierzadko daje się zauważyć podejście różne od tego, które dokumenty rzeczywiście prezentują. Trudno mi oceniać, dlaczego głównie na Zachodzie (chociaż coraz częściej również w Polsce) narracja wokół ekumenizmu przypomina trochę dyskusje na poziomie Kościoła anglikańskiego.
Ważne jest, aby zauważyć szkodę, jaką mogą wiernym wyrządzić różne inicjatywy ekumeniczne, jeśli nie zadba się najpierw o odpowiednią formację.
O jaką formację chodzi oraz jakie błędy dostrzegam w narracji dotyczącej działalności ekumenicznej w Polsce? Obserwując różnego rodzaju media, natrafić można na wywiady, wykłady czy też podcasty dotyczące opisywanego zagadnienia jedności. Wymienię tutaj tylko kilka przykładów, z wielu, na które się natknąłem.
Jednym z większych problemów jest założenie jakoby na przykład katolicyzm i luteranizm były jedynie „tradycjami” w ramach jednego Kościoła. Podważa się wtedy fakt obiektywnej wyjątkowości Kościoła katolickiego jako tego, który jest jedynym Kościołem założonym przez Chrystusa (Lumen gentium, 8).
W jednym z odcinków podcastu Nie wszystko jedno tożsamość rozumiana jest jako dar od Boga i interpretowana jest w ramach różnych denominacji. „Bóg poprzez odnowę Soboru Watykańskiego Drugiego pokazuje nam, że nasze tożsamości kościelne wymagają oczyszczenia” (Nie Wszystko Jedno) – mówi prowadzący, odnosząc tutaj tożsamość do chrześcijańskiej denominacji w ramach jednego Ciała Chrystusa.
Wspomniany podcast, który dotyczy zagadnienia jedności i charyzmatycznej odnowy Kościoła, jako swój główny cel i charyzmat wyznaczył sobie właśnie promocję oraz aktywne zachęcanie do ruchu ekumenicznego. Prowadzącym podcast jest Karol Sobczyk – katolik, sekretarz Sekretariatu ds. Nowej Ewangelizacji Archidiecezji Krakowskiej, lider wspólnoty Głos na Pustyni, a także od 2018 roku członek Rady ds. Dialogu Ekumenicznego i Międzyreligijnego Archidiecezji Krakowskiej, a więc osoba dość ważna i mająca realny wpływ na ruch ekumeniczny w naszym kraju. Dalej prowadzący faktycznie uznaje wagę tych kościelnych tożsamości (czyli denominacji), ale nie w sposób jakby jedna z nich bardziej mogła przysłużyć się ludziom do zbawienia. Nie mówi on też o jednym Kościele, który Jezus faktycznie założył i który – mimo że działa oczywiście poza jego granicami – pragnie zgromadzić swoje dzieci w jednym widzialnym Ciele. Prowadzący porównuje Kościół do rodziny, której różne denominacje są częścią oraz do osiedla:
„[Osiedle] zostało nazwane Królestwem Bożym i mieszczą się w nim wszyscy ludzie, których suwerennie wybrał i powołał Bóg. A zatem na wspólnym osiedlu poza katolikami mieszkają również ci, którzy mają z nimi wspólną tożsamość chrześcijańską, ale nie mieszkają oni w tym samym bloku. Mieszkają w różnych budynkach oddzielonych od siebie o kilkanaście metrów i z tego miejsca na wzniesieniu nieopodal domu Ojca patrzą z nieco innej strony, ale jeżeli naprawdę chcemy dobrze poznać Ojca, potrzebujemy spojrzeć na niego również z innych tych nieznanych dotąd perspektyw i co ważne to nie oznacza przeprowadzki, ale wymaga spotkania na kawie u sąsiadów i patrzenia we wspólnym kierunku”(Nie Wszystko Jedno).
Przytoczona wizja pojawia się w ramach ruchu ekumenicznego, często w różnych wariantach, jak na przykład obraz drzewa lub symfonii dźwięków. Oczywiście obraz ten nie jest zgodny z tym, czego obecnie – nawet w świetle reform soborowych – naucza wiernych Kościół.
Magisterium jasno wypowiedziało się na temat teologii związanej z ekumenizmem oraz sposobu wdrażania go w życie w deklaracji Dominus Iesus, wydanej w roku 2000 przez Kongregacje Nauki Wiary.
W deklaracji znajdujemy mocne stwierdzenie:
„Nie wolno więc wiernym uważać, że Kościół Chrystusowy jest zbiorem – wprawdzie zróżnicowanym, ale zarazem w jakiś sposób zjednoczonym – Kościołów i Wspólnot eklezjalnych. Nie mogą też mniemać, że Kościół Chrystusowy nie istnieje już dziś w żadnym miejscu i dlatego winien być jedynie przedmiotem poszukiwań prowadzonych przez wszystkie Kościoły i wspólnoty”(DI 17).
Teologie dotyczącą istnienia jednego i jedynego Kościoła, założonego przez Jezusa, potwierdził sam Sobór. Źródłem nieporozumień jest rzekoma niejasność wynikająca z dokumentu Lumen Gentium – konstytucji o Kościele. Czytając jednak ten dokument, nie możemy odrywać jego treści ani od całego dziedzictwa Kościoła, ani od wspomnianej wyżej deklaracji.
Kongregacja wydając deklarację Dominus Iesus wskazała, że wszelkie ewentualne zmiany w podejściu do ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego należy czytać raczej w duchu Tradycji. Jej wydanie było też odpowiedzią na różnorodne i często błędne interpretacje założeń wyżej wymienionego soborowego dokumentu.
W Lumen Gentium ojcowie soborowi mówią, że Kościół Chrystusowy „trwa w (subsistit in) Kościele katolickim, rządzonym przez następcę Piotra oraz biskupów pozostających z nim we wspólnocie (communio)”(Lumen gentium, 8), a Kongregacja wyjaśnia to stwierdzenie i dodaje:
„W wyrażeniu «subsistit in» Sobór Watykański II chciał ująć łącznie dwa stwierdzenia doktrynalne: po pierwsze, że Kościół Chrystusowy, pomimo podziału chrześcijan, nadal istnieje w pełni jedynie w Kościele katolickim; po drugie, że «liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy znajdują się poza jego organizmem»” (DI 16).
W przypisach do tego fragmentu pojawia się natomiast odpowiedź na błędne myślenie, które współcześnie pojawia się w ruchu ekumenicznym.
Teza, że jedyny Kościół Chrystusa mógłby również trwać w niekatolickich Kościołach i Wspólnotach kościelnych (co pojawia się jak w omawianym podcaście, i różnych konferencjach związanych z ekumenizmem), jest sprzeczna z zamysłem ojców soborowych i nie powinna być używana.
Innym argumentem, sugerującym, że powinniśmy odrzucić wszystkie wizje wspólnego domu czy osiedla, stwierdzenie zawarte w innym soborowym dokumencie, Dei Verbum:
„Zadanie zaś autentycznej interpretacji słowa Bożego, spisanego czy przekazanego przez Tradycję, powierzone zostało samemu tylko żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który autorytatywnie działa w imieniu Jezusa Chrystusa”.
Oznacza to, że według Soboru nie ma swobody na różne, sprzeczne perspektywy interpretacji Pisma. Jak można więc mówić o różnych spojrzeniach na Dom Ojca? Tylko jedno spojrzenie dostało od Jezusa ostateczny autorytet – jest to spojrzenie Magisterium, jako Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, o którym w encyklice Veritatis Splendor Święty Jan Paweł II mówi, że jest „wierny Jezusowi Chrystusowi i nieprzerwanej Tradycji Kościoła”. To właśnie schizmy przerywają, nie będąc tym samym wiernym samemu poleceniu Chrystusa.
Wszelkiego rodzaju obdarowywanie się różnymi perspektywami w ramach ruchu ekumenicznego może być uznane za dobre pomimo błędów doktrynalnych, a nie dzięki nim. Różna perspektywa wynikająca z błędów nie jest bogactwem w różnorodności czy też znakiem Ducha Świętego, a ogromną raną i zagrożeniem dla zbawienia.
Zbawienie to, choć istnieje poza strukturami Kościoła, to jednak ma swoje urzeczywistnienie w Kościele katolickim, który posiada pełnię środków zbawczych, a dary łaski złożone w różnych innych denominacjach „nakłaniają do jedności katolickiej” (LG, 8).
Implikacją spojrzenia zaproponowanego w podanym przykładzie jest w zasadzie brak dyskusji na temat błędów doktrynalnych w jednej wspólnocie kosztem drugiej, a różne nieporozumienia doktrynalne trzeba „przemilczeć”, co dalekie jest w praktyce do prawdziwej debaty, dzięki której jedna ze stron może uznać, że jednak to inny Kościół ma rację. Podejście tożsamościowe wpływa także na tak zwaną „protestantyzację” Kościoła katolickiego, ponieważ osoby, które czują się w „katolickiej części Chrystusa” jak w domu, mogą chcieć ulepszyć swoje mieszkanie o jakiś „mebel” (przykładowo inne podejście do etyki seksualnej) z innego mieszkania. Kościół oczywiście potępia takie myślenie.
Granice spotkań ekumenicznych
Jednym z jaśniejszych punktów posoborowej odnowy w sprawach jedności jest pociągnięcie dalej pojawiającego się już za pontyfikatu Piusa XII pomysłu wspólnej modlitwy oraz zezwolenie na szersze wspólne działanie ewangelizacyjne. Zmiana tonu oraz języka otworzyła ogromne perspektywy na wspólne dzielenie się wiarą oraz dyskusję.
Poznawanie się nawzajem oraz dialog są pomocne na drodze do jedności. Wzajemna wrogość wpływa na powstawanie karykatury poglądów różnych denominacji i zajadłą walkę, z której nie wynika nic poza dalszymi podziałami. Znika wtedy jakakolwiek szansa na uczciwe poznanie poglądów innych ludzi i faktycznie wspólną drogę ku jedności.
Niestety, również na poziomie globalnym mamy do czynienia z nadużyciami dotyczącymi właśnie spotkań ekumenicznych, które – w zamyśle ojców soborowych – miały być czymś dobrym i pożądanym. W podcaście „Zwierzę Liturgiczne”, ukazującym się na kanale 72.dominikanie, podczas jednego z odcinków dotyczących ekumenizmu Marek Kita, dr hab. teologii oraz dr filozofii, członek ekumenicznej wspólnoty Chemin neuf, opowiadał o zwyczajach praktykowanych w ramach tegoż zgromadzenia w różnych krajach wielowyznaniowych. Opowiadał o praktyce, w której bracia i siostry katolicy uczestniczą w niedziele w różnych nabożeństwach. W imię braterstwa –jak nazwał to dr Marek Kita – zamiast mszy katolickiej przeżywają w ramach niedzielnego obowiązku na przykład Wieczerzę Pańską lub inną pozakatolicką formę kultu (Zwierzę liturgiczne). Taka forma przeżywania ekumenizmu prowadzi do zamieszania doktrynalnego. Nawet jeśli subiektywnie ktoś mówi o „braterstwie”, obiektywnie jest to fałszywe świadectwo wiary. W dalszej części odcinka dr Marek Kita wspomina o organizowanym przez wspólnotę Chemin Neuf we Francji ekumenicznym festiwalu Welcome to paradise, na którym – jak sam powiedział –„Za zgodą miejscowego biskupa stosujemy gościnność eucharystyczną” (Zwierzę liturgiczne). Z podcastu wynika także, że poprzedni biskup miejsca dawał zgodę na cały rok dla mieszkańców opactwa, w którym odbywa się wydarzenie, oraz dla tych, którzy to opactwo odwiedzają. Pojęcie „gościnności eucharystycznej” obce jest katolickiemu patrzeniu na teologię mszy świętej. W Kodeksie Prawa Kanonicznego czytamy:
„Jeśli istnieje niebezpieczeństwo śmierci albo przynagla inna poważna konieczność, uznana przez biskupa diecezjalnego lub Konferencję Episkopatu, szafarze katoliccy mogą godziwie udzielać wymienionych sakramentów także pozostałym chrześcijanom, nie mającym pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, którzy nie mogą się udać do szafarza swojej wspólnoty i sami o nie proszą, jeśli odnośnie do tych sakramentów wyrażają wiarę katolicką i do ich przyjęcia są odpowiednia przygotowani” (Kodeks Prawa Kanonicznego).
W odcinku pada stwierdzenie, że uczestniczący w tym nadużyciu (które z punktu widzenia Kodeksu Prawa Kanonicznego jest świętokradztwem – KKK 2120) „wyznają realną obecność Jezusa w tym chlebie i winie” (Zwierzę liturgiczne), ale patrząc na przytoczony fragment z Kodeksu Prawa Kanonicznego trudno tej sytuacji bronić. Eucharystia jest z natury rzeczy znakiem pełnej jedności kościelnej i dlatego nie może być używana jako środek do jej osiągnięcia. Ciało naszego Pana jest tutaj traktowane instrumentalnie, co nie tylko jedności nie sprzyja, ale w dłuższej perspektywie ją niszczy, ponieważ „Droga ku pełnej jedności może być realizowana tylko w prawdzie” (Redemptoris Sacramentum, 44). Zamiast prawdy i wiary, w którą jesteśmy zobowiązani wierzyć wygłaszany jest tu „“dogmat” o gościnności i braterstwie, który – w mojej opinii – coraz bardziej zadomawia się w polskim, ale też światowym ruchu ekumenicznym.
Dr Marek wspomina następnie, że ekumeniczna wspólnota Chemein Neuf stara się nie „wyprzedzać” swojego Kościoła, jednak w tym przypadku mamy raczej do czynienia oficjalnym pogwałceniem zasad, których Kościół usilnie stara się strzec. Siostra prowadząca podcast nie wyjaśnia tych kwestii z Markiem Kitą, ani też nie podejmuje tematu z nawet lekkim sceptycyzmem, co może sprawiać wrażenie pewnej otwartości wobec takich nadużyć. Niepokojący jest fakt, że w podcaście dotyczącym liturgii tak znamienny przykład kościelnej niesubordynacji liturgicznej nie został właściwie skonfrontowany. Trudno mi oddzielić te nadużycia –które w moich oczach stały się praktyczną i „oficjalną” stroną ekumenizmu – od faktycznych spotkań ekumenicznych, gdzie wspólna modlitwa połączona jest z refleksją nad swoim miejscem w Kościele i poważnym podejściem do tematu podziału. Jeśli tego typu nauki pojawiają się na kazaniach i konferencjach związanych z tym ruchem w Polsce, można uznać jego praktykę za szkodliwą.
Czy założenia ekumenizmu są szkodliwe? Oczywiście, że nie! Wspólna droga ku jedności może być pięknym kościelnym charyzmatem, który – dobrze przeżywany – pozwala faktycznie dojść do Prawdy, która, jak wierzymy, jest obiektywna i poznawalna.
Ekumeniczny rachunek sumienia
Soborowa ekumeniczna odnowa i stosowanie się do niej ma sens tylko wtedy, kiedy faktycznie zadbamy o odpowiednią formację wiernych. Nie tworzy ona nowego otwarcia, które usuwa całą przeszłość. Nie wzywa do szukania Kościoła na nowo – wezwania do reformy mają prowadzić nas do własnego nawracania się i życia w świętości, a nie do nowych definicji Kościoła.
Jeśli podchodzimy do ekumenizmu i spotkań w ramach jego uprawiania w sposób, który nie wyraża dostatecznie katolickiej nauki o istocie Chrystusowego Kościoła, a także o ostatecznym celu ruchu ekumenicznego, to w rzeczywistości oszukujemy swoich partnerów w dialogu. Takie podejście jest nie tylko niezgodne z obecną nauką Magisterium, ale również głęboko nieuczciwe.
Udając bezzałożeniowy dialog czy proponując fałszywą interkomunię w istocie powodujemy, że kiedy osoba z innej denominacji dowie się o wyżej wspomnianych tezach z Dominus Iesus, poczuje się oszukana i nie uzna swojego rozmówcy za autentycznego katolika.
Zapraszam wszystkie osoby, które często piętnują zdrowe i zgodne z Tradycją podejście do ekumenizmu, do zastanowienia się, czy rzeczywiście w swoim sercu życzą wszystkim ludziom – także tym z innych denominacji – dołączenia do Kościoła katolickiego. Jeśli nie, to może warto zastanowić się nad własną eklezjalną tożsamością i nad tym, co ona wyraża.
Uznawanie, że pobożnie żyjący protestant działa z Bożego Ducha, wcale nie kłóci się z chęcią i modlitwą o to, aby powrócił do jedynego i prawdziwego Kościoła naszego Pana Jezusa Chrystusa.
