Wydaje się, że wyrzeczenie nie pasuje do słownika chrześcijańskich pojęć XXI wieku. Przecież wiara w Jezusa Chrystusa nie jest smutna i ponura. Nie chce promować doloryzmu, nie potępia przyjemności i radości. Księża nie są jak pies ogrodnika.
A jednak bez wyrzeczenia chrześcijaństwo nie byłoby sobą. Nie tylko dlatego, że jedynie brak pozwala docenić pełnię i człowiek wiecznie syty nigdy nie przejmie się głodem swego współbrata tak jak ten, kogo dotknęło cierpienie niedostatku. Pewnie także nie przede wszystkim dlatego, że wyrzeczenie zmusza do pokory, każe uznać swoje ograniczenia, kruszy w proch wyobrażenia o własnej cielesnej i duchowej mocy.
Wyrzeczenie pozwala nam zbliżyć się o krok do przepastnej tajemnicy uniżenia Boga dokonanego w Chrystusie, który nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie (Flp 2,6–7). Umożliwia „współ-czucie” z Tym, który przyjął z miłości ludzką naturę zranioną grzechem. Może nawet więcej: z pokorą i miłością przyjęte wyrzeczenie pozwala nam być jak Bóg. Tym razem jednak zgodnie z Bożą wolą, bez uzurpacji, którą zgrzeszył pierwszy człowiek (Rdz 3,5).
Esej został pierwotnie opublikowany w „Azymucie” – redagowanym przez Instytut Tertio Millennio od kwietnia 1998 do maja 2003 roku comiesięcznym dodatku religijno-społecznym do „Gościa Niedzielnego”.