To nie wojna (tylko) Putina, USA zrzeka się gwiazdy szeryfa – czyli trudny sprawiedliwy pokój

Zgadzam się z Georgem Weiglem co do pryncypium, jakim jest życzenie Ukrainie pełnego zwycięstwa w wojnie obronnej z rosyjskim najeźdźcą. To powiedziawszy, chciałbym się jednak pochylić nad realnością i logiką takich życzeń.

Wsłuchując się w głosy zachodniej opinii publicznej, często można usłyszeć o „wojnie Putina”, wypowiedzianej Ukrainie w imię imperialnych dążeń rosyjskiego prezydenta. To jednak tylko część prawdy. Ukraińska strona rządowa poświęcona wojnie na Ukrainie, tłumaczy to bezwzględnie:

„Naród rosyjski ponosi odpowiedzialność za wojnę Rosji z Ukrainą. Warto pamiętać, że Rosjanie wybrali swojego prezydenta i nadal go wspierali w czasie wojny. Według sondażu socjologicznego przeprowadzonego przez Centrum Lewady w dniach 26-31 maja, 77% Rosjan popiera wojnę Rosji z Ukrainą. To Rosjanie przyjeżdżają na Ukrainę, by torturować cywilów, porywać lokalnych przywódców, podpalać kolumny ewakuacyjne, gwałcić ukraińskie kobiety i dzieci. Nie tylko Putin”.

Podkreślanie „putinowego” charakteru wojny, o ile wydaje się niegroźnym skrótem myślowym, niebezpiecznie zaciera towarzyszący omawianej wojnie kontekst historyczny. Od 400 lat zachodni sąsiedzi Moskwy doświadczają jej agresywnego, imperialnego charakteru. Wcielenia (carat, sowiety, republika federalna) nie mają tu większego znaczenia. Filozofia polityczna Rosji skazuje ją na myślenie w tych kategoriach – bredząc o Trzecim Rzymie, zbieraniu ziem ruskich, międzynarodowej rewolucji, najczęściej argumentując w ogólnikowy sposób, że Rosja nigdy nie atakuje, a zawsze broni siebie lub jakąś prześladowaną grupę (Polacy doświadczyli tego, gdy komunistyczna Rosja, w ramach współpracy z nazistowskimi Niemcami, wkroczyła na tereny II Rzeczypospolitej 17 września 1939, argumentując to obroną mniejszości).

Jeśli więc mówimy o „rozwiązaniu pierwotnej przyczyny wojny”, to nie możemy zapominać, że za jej wybuch odpowiada Rosja jako państwo i naród – a nie wyłącznie sam Putin, jakby był jakimś bondowskim czarnym charakterem. To pozwala nam płynnie przejść do kolejnego aspektu, jakim jest pytanie o 300 miliardów dolarów w zamrożonych rosyjskich rezerwach walutowych.

Rosja nie zniknie z mapy

Podczas marcowej wizyty w Białym Domu sekretarz generalny NATO, Mark Rutte, powiedział straszliwe dla Europy Wschodniej i odprężające dla Rosji słowa, które porównać można chyba tylko do katastrofalnych słów Bidena z grudnia 2021 r., że wysłanie amerykańskich wojsk na terytorium Ukrainy w celu odstraszenia potencjalnej inwazji rosyjskiej nie wchodzi w grę. Rutte zauważył w nich, że:

„To normalne, że wojna w jakiś sposób ustałaby dla Europy, krok po kroku, a także dla Stanów Zjednoczonych, krok po kroku, aby przywrócić normalne stosunki z Rosją. […] Nie bądźmy naiwni w kwestii Rosjan. Ale w dłuższej perspektywie Rosja istnieje i nie zniknie”.

Tak. Szef Sojuszu Północnoatlantyckiego poruszył temat „słonia w salonie”, i nie można zarzucić mu nieprawdy: to raczej oczywiste, że przedsiębiorcy (szczególnie zachodnioeuropejscy, i szczególnie niemieccy) i politycy czekają na koniec wojny, by dokonać kolejnego „twardego resetu” relacji z Moskwą. To naturalne, nawet jeśli rozczarowujące dla niektórych narodów naszego regionu. W 2024 roku, czyli w trzecim roku wojny na Ukrainie, Unia Europejska importowała z Rosji towary o wartości 42 miliardów dolarów. Dodatkowo, w samym tylko I kwartale 2025 roku, sprowadziła ropę za 1,7 miliarda i gaz ziemny za 5,2 miliarda. Dla porównania, USA w całym 2024 roku zaimportowały towary o wartości „tylko” 4 miliardy dolarów, głównie nawozy, pallad oraz uran i pluton.

Podobnie jest ze wspomnianymi 300 miliardami. „Obóz radykalny” z tzw. krajami bałtyckimi na czele domagałby się ich pełnej konfiskaty jako kary dla Rosji, która przecież nie tylko napadła na Ukrainę, ale również dopuszcza się licznych prowokacji i działań wrogich (jak szpiegostwo) wobec NATO. Państwa zachodnioeuropejskie (w których to znajduje się większość tych miliardów) mają na ten temat bardziej ambiwalentne poglądy, ponieważ konfiskata zamrożonych aktywów budzi wątpliwości prawne, a do tego — jak powiedział Rutte — kiedyś do normalizacji z Rosją dojdzie, a wtedy to zachodnie stolice będą musiały tłumaczyć się z wyparowania rosyjskich pieniędzy. Umiarkowanym rozwiązaniem jest propozycja inwestycji tych pieniędzy celem wypłacania Ukrainie uzyskanych w ten sposób zysków.

Mimo to zgodzę się, że nawet jeśli Paryż czy Berlin mają jakieś wątpliwości, to lepiej sygnalizować gotowość do „grabieży” tych środków, niż – w stylu wspomnianych słów Bidena – otwarcie mówić Rosji: nie martw się, pokrzyczymy, ale nie chcemy konfrontacji.

Wykluczenie przyszłej inwazji

W stosunku do tezy o architekturze bezpieczeństwa, która wykluczyłaby przyszłą inwazję Rosji na Ukrainę, jestem szczególnie sceptyczny. Być może głównie dlatego, że jako historyk średnio wierzę w „niemożliwe”. Nawet jeśli Ukraina byłaby przyjęta do NATO, a jej wojsko liczyłoby milion żołnierzy, Rosja musiałaby chyba po prostu nie istnieć, by nie stanowić zagrożenia dla swoich sąsiadów.

Pomyślmy o tym w kategoriach political fiction – jeśli zakładamy, że jakiś globalny konflikt w przyszłości jest realny (chociaż tego sobie oczywiście nie życzymy) i w konflikcie tym starłoby się NATO i sojusznicy (np. Japonia czy Argentyna) z osią Pekin-Moskwa-Teheran, to architektura wykluczająca inwazję Rosji na Ukrainę musi być holistyczna oraz dotyczyć wielowektorowego zagrożenia dla ustalonego po zimnej wojnie, nieco pod dyktando USA, obecnego porządku globalnego. Tak więc gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy musiałyby obejmować również tę, dzięki której w przyszłości wojna po prostu nigdy się nie wydarzy. A wszyscy chyba pamiętamy, jak po horrorze I wojny światowej nazwano ją „wojną kończącą wszystkie wojny”? Albo jak traktat wiedeński zagwarantował równowagę sił, dzięki której wojny miały być niemożliwe do wszczęcia? Sam pan Weigel krytykuje takie podejście, porównując je do „kruchego zawieszenia broni zawartego w Wersalu w latach 1919-1920”.

Zakładając już bardziej realistycznie, że słowa „wykluczenie przyszłej inwazji” traktujemy jako skrót myślowy dla „wykluczenia kolejnego konfliktu Rosja-Ukraina w ciągu następnych 50 lat”, rodzi się nowe pytanie: kto i jak ma to gwarantować? Misję ONZ trzeba wykluczyć, bo do tego potrzebna jest Rada Bezpieczeństwa, w której Chiny i Rosja mają prawo weta. Koalicja chętnych? Brzmi to chyba najbardziej realnie, ale tylko pod warunkiem, że państwa wysyłające swoje siły zdejmą z siebie ochronę artykułu V., aby atak na ich żołnierzy nie został potraktowany jako atak na cały Sojusz. Misja NATO? Rosja mówi, że to deal breaker.

A mówimy o misji, która zostałaby wysłana w ramach pilnowania zawieszenia broni/pokoju. Kto by go pilnował jest kwestią poniekąd wtórną, dopóki nie zostanie on zawarty. Ale nie zostanie zawarty, jeśli nie będzie planu na jego utrzymanie. Prawdziwy paradoks.

Ale jakie są te przyczyny?

W każdym razie, żeby dojść w ogóle do pokoju z architekturą bezpieczeństwa, określić należy wspomniane wyżej i w artykule, do którego się odnoszę, „pierwotne przyczyny wojny”. Są na to przynajmniej dwa sposoby:

a) uznać rację strony broniącej się

b) wysłuchać racji obu stron

Pierwsze wyjście jest prawdopodobnie słuszne, ponieważ ofiara najwięcej wie o swoim cierpieniu. Drugie zakłada szukanie kompromisu (pan Weigel apeluje, aby usunąć z tej dyskusji apologetów Putina i neoizolacjonistów; zanim pomyślicie, że moje teoretyczne rozważania stawiają mnie w ich szeregu, zapewniam – nie poczuwam się do żadnej z tych grup), o tyle trudnego, że Rosja stosuje różne argumenty dla uzasadnienia swojej wojny, chociaż najjaśniej klarują się dwa.

Po pierwsze, zdaniem Rosji, broni ona mniejszości rosyjskojęzycznej na Ukrainie, prześladowanej przez nacjonalistów (polskiego czytelnika na pewno zainteresuje optyka przedstawiona w opinii opublikowanej przez The Hill). Po drugie, według Rosji, broni ona swojego bezpieczeństwa w związku z rozszerzaniem NATO.

Argument pierwszy, jak wyżej wspominałem, to standardowa rosyjska wymówka do interweniowania za granicą. W przypadku ukraińskiego wschodu sprawa rzeczywiście jest nieco skomplikowana, szczególnie ze względu na post-sowieckie sentymenty wielu jego mieszkańców, ale na pewno nie usprawiedliwia to pełnej inwazji. Gdyby Rosja rzeczywiście chciała bronić „okradzionych z obiecanej autonomii” regionów Doniecka i Ługańska, to po co usiłowałaby przejąć pozostałe terytoria, usiłując przy tym zamordować prezydenta Zełenskiego?

Argument drugi nie broni się lepiej. Po pierwsze – NATO jest sojuszem otwartym, który nie zobowiązał się oficjalnie do nieprzyjmowania jakiegokolwiek kraju tylko dlatego, że Moskwa sobie tego nie życzy. Po drugie – skoro zbliżenie się NATO do granic Rosji było zagrożeniem dla Moskwy (pomijając, że to sojusz obronny), to czemu Rosja nie dokonała inwazji na Finlandię, kiedy ta była jeszcze w procesie akcesyjnym?

Niestety nie ma wielkiego znaczenia, że właściwie wszyscy rozumieją fałsz kryjący się za deklaracjami Rosji. Żeby zastosować drogę a), czyli wysłuchać tylko Ukrainy i w trosce o jej racje dążyć do pokoju, trzeba pokonać Rosję. Zmusić ją fizycznie nie tylko do zaprzestania działań wojennych, ale więcej – do wycofania się z Krymu, Donbasu i dużych części Zaporoża i Chersońszczyzny oraz pogranicza przy Charkowie. Ukraina nie ma możliwości przeprowadzenia takiej ofensywy, zwłaszcza, że Rosjanie zajmują Donbas od 2015 roku i mieli czas, by się przygotować. NATO miałoby wypychać siłowo Rosję?

Nie jestem pewien, czy chłopcy z Kentucky, Marsylii, Katalonii, Szkocji, Transdanubii, Kornwalii, Hesji, Flandrii i Prowansji ochoczo zrekrutują się do walk o Ługańsk. Pomijając kwestie morale – Europejczycy pokazywali nieraz, że potrafią wstać z kanapy i skonfrontować się z wrogiem – to Europa zwyczajnie nie jest gotowa do pełnoskalowego konfliktu, w którym musiałaby się bronić, a co dopiero atakować. W dodatku Amerykanie, główny gwarant czegokolwiek w NATO, na pewno musieliby się liczyć wówczas z groźbą wojny globalnej, którą wyżej zarysowałem. Pytanie więc brzmi: czy ktokolwiek realnie chce ryzykować wojnę światową dla ukraińskiej flagi w Nowoołeksandriwce?

Nawet jeśli NATO ruszyłoby ochoczo na wojnę z Rosją, nawet jeśli całkowicie by ją wygrało wypędzając jej wojska z ostatniego metra kwadratowego Ukrainy, to w jaki sposób uczyniłoby to świat stabilniejszym i bezpieczniejszym miejscem, w którym Rosja zobowiązałaby się już nigdy nie zaatakować Ukrainy?

Kapitan Ameryka?

Wydaje mi się, że optymistyczne wybieganie myślami w przyszłość, w której Ukraina jest całkowicie pozbawiona rosyjskiej obecności (a więc, powtarzam, w której Rosja z jakichś powodów opuściła nawet te tereny, które są poza zasięgiem jakiejkolwiek ofensywy lądowej), wynikać może z przesadzonej wiary w sprawczość Ameryki. Nie chcę powielać różnego rodzaju bzdur o upadku amerykańskich wpływów i potencjału, chętnie propagowanych przez konta z rosyjskim i chińskim IP, a także podnoszonych przez samozwańczych „geopolityków”. Chcę zwrócić uwagę, że sama Ameryka nie rości sobie prawa do tytułu wszechdyktującego hegemona. I to od blisko 20 lat! Obecny Sekretarz Stanu Marco Rubio przy obejmowaniu urzędu ostrzegał:

„Ameryka zbyt często przedkładała porządek globalny nad nasz podstawowy interes narodowy. Inne narody nadal działały tak, jak zawsze działały i zawsze będą działać: zgodnie z tym, co postrzegają jako swój najlepszy interes. I zamiast dostosować się do globalnego porządku po zimnej wojnie, manipulowały nim, aby służył ich interesom kosztem naszych. […] W Moskwie, Teheranie, Pjongjangu dyktatorzy – państwa zbójeckie – sieją teraz chaos i niestabilność, współpracują z radykalnymi grupami terrorystycznymi i je finansują, a potem kryją się za prawem weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ lub groźbami wojny nuklearnej […] Powojenny porządek globalny nie tylko stracił na aktualności, ale stał się bronią używaną przeciwko nam. […] Ostatecznie jednak, za prezydentury Trumpa, najwyższym priorytetem Departamentu Stanu USA będą Stany Zjednoczone”. 

Nie oznacza to zatem, że USA obejmują izolacjonistyczny kierunek i odcinają się od spraw globalnych. Oznacza to, że otwarcie i oficjalnie rezygnują z choćby roszczenia sobie – bezpodstawnie – nadawanej im wszechmocy, bo jej zwyczajnie nie mają. Muszą mierzyć się z nowymi zagrożeniami, chociaż u boku często potężnych sojuszników. Jeszcze dosadniej ujął to ambasador USA w Turcji i specjalny wysłannik do Syrii, Thomas Barrack:

„Po II wojnie światowej staraliśmy się być gwarantem bezpieczeństwa świata. Nie jesteśmy już gwarantem bezpieczeństwa świata. Każdy musi sam się bronić”.

Należy oczywiście spodziewać się, że amerykańskie uczestnictwo w gwarancjach pokojowych okaże się niezbędne (dla jego zapewnienia m.in. Ukraina zawarła ze Stanami tzw. „umowę minerałową”). Co więcej, niezbędne nie tylko w owych gwarancjach, ale również w ewentualnym rozmieszczeniu koalicji chętnych. Chociaż Waszyngton, podobnie jak Warszawa, wciąż zapowiada brak swojej obecności, to aktualnie pojawiają się doniesienia o ochronie nieba nad Ukrainą. Już w lutym, po burzliwym spotkaniu Zełenski-Trump w Białym Domu, kiedy w podekscytowaniu pojawiły się koncepcje, że Amerykanie nie są bezwzględnie potrzebni w Koalicji, premier UK sir Keir Starmer natychmiast je ostudził:

„Gwarancja bezpieczeństwa USA to jedyny sposób, aby skutecznie odstraszyć Rosję”.

Słowa te potwierdził pół roku później kanclerz Niemiec Friedrich Merz:

„Obecnie nie jesteśmy w stanie wywrzeć wystarczającej presji na Putina, aby zakończył tę wojnę. Jesteśmy zależni od amerykańskiej pomocy. Chiny, Indie, Brazylia i inne kraje otwarcie opowiadają się po stronie Rosji. Rodzi się nowe partnerstwo w ramach tzw. formatu szanghajskiego”.

Zanim więc w ogóle przejdziemy do rozważań nad wypychaniem Rosji z Ukrainy zastanówmy się, czy możemy ją powstrzymać na linii, którą obecnie zajmuje. Jasnym jest, że rola Ameryki byłaby w tym kluczowa, jako państwa o najsilniejszej i najbardziej doświadczonej armii NATO. Pytanie jednak brzmi, czy byliby gotowi poświęcić temu tyle uwagi, by osiągnąć sukces, a jednocześnie np. nie ośmielić Chin do inwazji na Republikę Chińską (Tajwan).

Prymitywna Realpolitik

W innym artykule nt. wojny na Ukrainie p. Weigel napisał:

„Dla pewnych realistów polityki zagranicznej najsłynniejsze zdanie z Wojny peloponeskiej Tukidydesa stało się mantrą: ‘Silni robią, co chcą, a słabi cierpią, co muszą’. Ten wyraz najbardziej prymitywnej Realpolitik, który od dwóch tysięcy lat jest odrzucany przez katolicką naukę”. 

Nie chciałbym zatem być źle zrozumiany. Jasnym jest, że tukidydesowa teza, zawierająca się również w być może nawet bardziej spopularyzowanym haśle vae victis (łac. „biada zwyciężonym”), wypowiedzianym przez Brennusa, wodza Galów którzy splądrowali w 390 r. p. n. e. Rzym, oznacza, że wygrywający może dyktować przegranemu cokolwiek zechce. Jeśli zatem nalegamy na architekturę bezpieczeństwa, która wymaga podyktowania zmiażdżonej Rosji warunków, na które nie może się nie zgodzić, to czy nie głosimy jej, że to jej czas, aby „cierpiała, co musi”? Jak chcemy zbudować stabilny i sprawiedliwy porządek, skoro uprzemy się, że tylko słowo i obawy Ukrainy warte są wysłuchania? W jaki sposób, logicznie dążąc do miażdżenia Moskwy (ale też np. Teheranu, chociaż to osobny wątek), możemy mówić, że Tukidydes się mylił? Co z naukami Leona XIII, który zalecał irlandzkim i polskim katolikom, że lepiej cierpieć z nadzieją, niż rozlewać krew w beznadziejnym zrywie (o czym pisałem szerzej tutaj)?

Jak podkreśliłem na wstępie, zgadzamy się z pewnością co do tego, że sprawiedliwym jest, aby Rosja opuściła ziemię Ukrainy, a ta mogła liczyć na zadośćuczynienie i lepszą przyszłość. Mam jednak wrażenie, że nie da się połączyć tego życzenia z obecnie panującymi realiami polityczno-militarnymi Rosji, Ukrainy, Europy i całego NATO.

Krzysztof Konieczny
Krzysztof Konieczny"Emerytowany" redaktor naczelny portalu. Absolwent historii na Uniwersytecie Wrocławskim ze specjalizacją w zakresie historii USA. Zaangażowany w rekonstrukcję historyczną Wojska Polskiego i zafascynowany pieszymi wędrówkami długimi i krótkimi oraz amerykańską kinematografią. Współtwórca profilu Globalne Południe (@GlobPoludnie) na platformie X.