Trzy lekcje z Freuda według Maritaina

G.K. Chesterton napisał kiedyś, że Kościół utrzymywał w swojej historii sprzeczności (takie jak dobro posiadania rodziny i dobro celibatu), niczym kolory biały i czerwony na tarczy św. Jerzego, mając jednocześnie zdrową odrazę do różowego[1]. Wydaje mi się, że obecnie przestrzenią, w której panuje przykre zamiłowanie do wybiórczego monochromatyzmu, jest kwestia relacji współczesnej psychologii, szczególnie w swoim wymiarze terapeutycznym, do wiary katolickiej.

Chciałbym rzucić nieco światła na to zagadnienie, przypominając myśli Jacquesa Maritaina, francuskiego katolika i filozofa, wyrażone w jego słynnym eseju Freudianism and Psychoanalysis, w którym krytycznie ustosunkowuje się do dorobku ojca psychoanalizy, Sigmunda Freuda.

Maritain w niezwykle umiejętny sposób podkreśla elementy psychoanalizy, które mogą pozytywnie przemieniać życie chrześcijanina, dokonuje „ochrzczenia” tych, które wymagają drobnych modyfikacji oraz odrzuca myśli zupełnie błędne.

Jestem tym, kim myślę, że jestem

Szczególnym osiągnięciem Freuda, w oczach Maritaina, było dobitne uzasadnienie i rozpromowanie idei nieświadomości. Ową przestrzeń psychiczną definiował on jako tę, która zawiera treści niedostępne dla dobrowolnego przywołania[2]. Choć z jednej strony jej istnienie może być dla nas – żyjących w XXI wieku – oczywiste, możemy się jednak zastanowić, w jakim stopniu ten fakt oddziałuje na nasze codzienne życie. Być może zdarza się nam spędzać czas w gronie rodzinnym, po czym uznawać, że czas ów był stracony, ponieważ nic z niego nie wynieśliśmy. Albo poświęcić czas na modlitwę, ale w wyniku myślenia na niej o straconym z rodziną czasie nie doznać żadnego mistycznego olśnienia – a w konsekwencji uznać ją za nieudaną. Wydaje się, że mimo freudowskiej batalii o nieświadomość, ciągle żyjemy w systemie kartezjańskim – istnieje to, o czym wiemy, że istnieje. Jak pisze Maritain:

„Jest czymś raczej prymitywnym […] wierzyć, że nie ma w nas nic, poza tym, co mówimy sobie samym o nas oraz myśleć, że myślimy i kochamy jedynie to, co myślimy, że myślimy i kochamy”. (Maritain, s. 308, tłum. wł.)

Dobrze znany jest nam podstawowy postulat terapii Freuda – poprzez wyłonienie na światło świadomości zrepresjonowanych, nieuświadomionych doświadczeń, możemy wyzwolić się z automatyzmów i neurotyzmów, w których nas wiążą. Tak więc u ojca psychoanalizy, rozum pełni rolę raczej pasywną, rozwiązując poprzez naświetlenie konflikty energii nagromadzonych w nieświadomości człowieka. W szczególności nie ma tu mowy o ludzkiej wolności.

Tymczasem chrześcijańska antropologia łączy dwa aspekty: tajemnicę człowieka – jego instynkty, popędy i pragnienia, niedostępne dla bezpośredniego wglądu rozumu – oraz intelekt i wolę, umożliwiające mu wolny wybór tego, co dobre.

Poza faktem odrzucenia przez Freuda racjonalnej natury człowieka, Maritain wskazuje na drugie zagrożenie związane z nurtem psychoanalitycznym. Jest ono w zasadzie drugą stroną związku między automatyzmem czy neurozą a świadomością, zauważonego przez wiedeńskiego terapeutę. Uświadomienie sobie ma bowiem moc dekonstrukcji automatyzmów – zarówno tych neurotycznych, jak i tych dobrych. Wiele osób doświadcza problemu dotykającego zestresowanego pianisty: kiedy zaczyna zwracać nadmierną uwagę na swoją własną grę, wyuczone automatyzmy rozsypują się. Podobnie, przestrzega Maritain, niezdrowe zapatrzenie w siebie, czy traktowanie psychoanalizy tak, jak traktuje się aspirynę[3], może skutkować destabilizacją koniecznego dla normalnego funkcjonowania balansu pomiędzy świadomością i nieświadomością.

Przez instynkty do Nieba

Drugą zasługą psychoanalizy dostrzeżoną przez katolickiego filozofa był fakt przywrócenia przez nią do intelektualnego obiegu myśli o życiu człowieka jako ukonstytuowanym przez dynamizm. Co prawda w kontekście freudowskim dynamizm ten jest jedynie naturalny – na przykład związany z zaspokojeniem potrzeby przyjemności seksualnej. Jednakże zwrot ten, przypominający, że fundamentalne dla natury człowieka są jego różnorodne dążenia, wydaje się Maritainowi korzystny, jako że otwiera drzwi dla myślenia teleologicznego. Oczywiście, filozof podkreśla konieczność modyfikacji proponowanej przez psychoanalizę koncepcji sublimacji.

Koncepcja ta ma charakter objaśniający, a jej celem jest wytłumaczenie wszystkich dążeń człowieka – także tych najwyższych, np. duchowych czy poetyckich, poprzez ich redukcję do popędów przyjemnościowych. W człowieku, u którego próba zaspokojenia tych ostatnich spełza na niczym, dokonuje się ich sublimacja do dążeń pozornie wyższego rzędu. Upraszczając nieco sprawę, na przykład niemożliwość zaspokojenia wszystkich potrzeb seksualnych danej osoby może ją prowadzić, jako sposób na uniknięcie trwałej frustracji, do wyrzeczenia się sfery seksualnej i życia w celibacie z uwagi na rzekome cele duchowe.

Zauważmy, jak powszechna jest ta koncepcja sublimacji czy też kompensacji w naszym społeczeństwie. Wydaje się, że w zasadzie naturalnym stało się dla nas doszukiwanie się w przeróżnych dążeniach ludzkich ich drugiego dna związanego z niezaspokojeniem podstawowych potrzeb czy popędów. Maritain zaznacza w tym kontekście, że błąd Freuda wynika – podobnie jak w wielu przypadkach we współczesnym dyskursie – z pominięcia kategorii przedmiotu formalnego.

Każdy instynkt czy dążenie rozpatrujemy tylko od strony doświadczającego go podmiotu – jak go przeżywa, jak go doświadcza. Jednej osobie poczucie spokoju i satysfakcji daje modlitwa połączona z postem, drugiej ekskluzywne wakacje, a trzeciej gra w tenisa – skoro wszystkie odczuwają na koniec to samo, to wszystkie te przedmioty zaspokajają w gruncie rzeczy to samo dążenie. Tak rozumowałby Freud.

Tymczasem Maritain przypomina:

„Absurdem jest wchłonięcie wyższego [dążenia] przez niższe, lecz nieludzkim jest odseparowanie jednego od drugiego. […] Instynkty mają dużo wyższy poziom niezdeterminowania u człowieka niż u zwierząt i domagają się ukształtowania z rąk rozumu”. (Maritain, s. 319, tłum. wł.)

W związku z tym, pojęcie sublimacji wymaga przedefiniowania – w wydaniu chrześcijańskim byłoby to „uwznioślające przekierowanie instynktów ku niematerialnemu źródłu człowieczeństwa, [doświadczanego] jako jakościowa integracja zmysłowego rytmu z melodią życia wewnętrznego”[4]. Choć może to brzmieć poetycko, wydaje się, że stwierdzenie to jest naturalnym wnioskiem z doświadczenia – jeśli tylko nie przyjąć cynicznego założenia freudowskiej sublimacji. Chociażby z doświadczenia piękna miłości oblubieńczej. Popęd seksualny jest w niej włączony w charakterystyczną dla człowieka relację wyższego rzędu – relację oddającej się sobie wzajemnie miłości.

Co ciekawe, Maritain podkreśla, że w życiu duchowego wzrostu mogą występować momenty, w których ta integracja wydaje się nieosiągalna. Wówczas „niższe instynkty są zwalczane tylko po to, by stać się jeszcze bardziej dokuczliwymi”[5]. A jednak, życie to dąży do tej integracji, „dla której ewangeliczną nazwą jest błogosławieństwo pokoju”[6].

Czy człowiek jest dobry?

Na koniec, chciałbym przyjrzeć się jeszcze jednej istotnej kwestii. W wyniku swoich badań i analiz Freud doszedł do przekonania, że naturę człowieka charakteryzuje jego egoizm, pożądliwość, podatność na perwersje, agresywność, bestialskość. Francuski filozof zauważa:

„Tak jak w przypadku Marksa, należy uznać, że w błędach freudowskiej filozofii zawiera się element geniuszu, który zniekształca fundamentalną prawdę w skrajny absurd. Obydwaj rozpoznali to, co tomiści nazywają przyczynowością materialną. Niefortunnym jest fakt, że uczynili ją całością, lub przynajmniej najistotniejszą częścią”. (Maritain, s. 320, tłum. wł.)

Czy człowiek jest w gruncie rzeczy zły – jak twierdzili Freud i Marks? A może, jak głosi psychologia humanistyczna, powinien postrzegać siebie jako dobrego, powołanego do samorealizacji i stanowiącego dla siebie normatywne odniesienie jako najwyższe dobro?[7] Maritain sugeruje trzecią opcję – głoszoną od tysięcy lat w tradycji judeochrześcijańskiej, uznającej dobro stworzenia i zło grzechu pierworodnego. Unikając naiwności psychologii samorealizacji i freudowskiego nihilizmu, zachęca ona do przyznania się do swojej słabości przed nieskończenie miłosiernym Bogiem, który uzdalnia do miłowania.

[1] Chesterton, The Paradoxes of Christianity

[2] Maritain, s. 308

[3] Maritain s. 312

[4] Maritain, s. 320, tłum. wł.

[5] Maritain, tamże, tłum. wł.

[6] Maritain, tamże, tłum. wł.

[7] Vitz, Psychology as Religion, s. 43

Bibliografia

G.K. Chesterton, The Paradoxes of Christianity

Jacques Maritain, Freudianism and Psychoanalysis

Paul Vitz, Psychology as Religion

Jędrzej Stefanowicz
Jędrzej StefanowiczStudent filozofii na Uniwersytecie Ignatianum, absolwent matematyki na UW i Oksfordzie. Interesuje się filozofią współczesną, w szczególności tematyką z pogranicza religii i etyki. Oprócz pracy zawodowej jako specjalista ds. uczenia maszynowego, razem ze szwagrem prowadzi podcast ewangelizacyjny "Tak czynię". Jest miłośnikiem swojej żony, Kościoła, muzyki sakralnej i poezji G.M. Hopkinsa.