Polska wciąż uchodzi za jeden z najbardziej katolickich krajów Europy, a jednak należy dziś do państw o najniższej dzietności. Co dzieje się z nauczaniem Humanae vitae, gdy jego zasady zderzają się z doświadczeniem współczesnych małżeństw – ich pragnieniem bliskości, lękiem przed kolejnym dzieckiem, doświadczeniami porodów czy presją otoczenia? Rozmowy z polskimi katolikami odsłaniają napięcie między zasadami teologicznymi a codziennością życia małżeńskiego i pokazują, jak małżonkowie próbują godzić wiarę, seksualność i decyzje dotyczące rodziny.
Humanae vitae wciąż żyje – choć niekoniecznie ma się całkiem dobrze – pięćdziesiąt osiem lat po jej ogłoszeniu. Kiedy papież Paweł VI opublikował encyklikę umacniającą kościelny zakaz sztucznych metod kontroli urodzeń, została ona w wielu środowiskach przyjęta źle, ponieważ rozmijała się ze stanowiskiem większości Papieskiej Komisji ds. Kontroli Urodzeń. Raport większości szczegółowo uzasadniał szeroką akceptację sztucznych technologii antykoncepcyjnych – nie jako wyrazu aprobaty dla mentalności antykoncepcyjnej, lecz ze względu na podziw dla ludzkiej pomysłowości, szacunek dla decyzji podejmowanych przez małżonków w obliczu ich osobistych okoliczności („sumienia”) oraz trudności, jakie stwarza regularna wstrzemięźliwość seksualna w małżeństwie.
Raport mniejszości zwyciężył. Nawet pontyfikat Franciszka nie zmienił dokumentu na rzecz sensus fidei fidelium. Owszem, podczas rozmowy o odpowiedzialnym rodzicielstwie Franciszek przestrzegał przed „rozmnażaniem się jak króliki” – radą, której żaden katolik nie odrzuca, dopóki pozostaje ona dostatecznie ogólnikowa. Sam Paweł VI użył w swojej encyklice wyrażenia „odpowiedzialne rodzicielstwo” dziewięć razy. Nastroje społeczne pozostają jednak przekorne: socjologowie regularnie przypominają nam, że wskazania Humanae vitae nie są ani powszechnie aprobowane, ani przestrzegane przez większość katolików.
Polska wobec kryzysu dzietności
Dzisiejsi dysydenci to niezliczone rzesze małżeństw, które bardziej przypominają leniwce niż króliki. Dzietność spada w tempie, którego jeszcze zaledwie dekadę temu nikt się nie spodziewał.
Polska, od dawna jeden z filarów katolickiego świata, może się „pochwalić” jednym z najniższych wskaźników dzietności w Europie – około 1,1 dziecka na kobietę. Od dwunastu lat liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń.
Udręczona sąsiadka, Ukraina, której dzietność ucierpiała zarówno z powodu niedoboru młodych dorosłych mężczyzn, jak i braku wiary w przyszłość, ma wskaźnik zaledwie nieco niższy – około 1,0. W warunkach wojny utratę woli do rozmnażania można jeszcze jakoś racjonalizować. Ale Polska?!
Dwadzieścia dziewięć procent ludności wciąż uczestniczy w niedzielnej mszy – to mocny wynik, choć wyraźnie niższy niż blisko 50 procent w latach 90. W niektórych diecezjach liczba zawieranych małżeństw spadła o ponad 50 procent w ciągu zaledwie czterech lat (w żadnej diecezji nie wzrosła.) W 1983 roku – gdy kraj znajdował się pod rządami stanu wojennego – w Polsce zawarto dwa razy więcej małżeństw niż w 2023 roku.
Pod koniec 2024 roku postanowiłem zbadać, jak skrajnie niska dzietność wpływa na praktykujących katolików w kraju od dawna znanym z przywiązania do Kościoła oraz do papieża, który z troski o małżeństwo i rodzinę stworzył teologię ciała (choć w Stanach Zjednoczonych jest ona znacznie lepiej znana niż w jego ojczyźnie).
Badanymi osobami było siedemdziesięcioro pięcioro żonatych i zamężnych, praktykujących polskich katolików – matek i ojców. Polska współpracowniczka, sama zamężna matka czworga dzieci, przeprowadziła nasz kwestionariusz. Pytaliśmy respondentów o ich pragnienia dotyczące dzietności, stosunek do metod antykoncepcji i korzystanie z nich, wzorce zachowań seksualnych, doświadczenia z naturalnym planowaniem rodziny (NPR), ich wyobrażenia o tym, co myślą i robią inne katolickie małżeństwa, ich żale, obawy związane z niepłodnością oraz wiele innych kwestii. Siedemdziesiąt pięć relacji może nie wydawać się wielką liczbą, ale w zupełności wystarcza do ustalenia pewnych prawidłowości.
Wśród respondentów znalazło się pięćdziesięciu czterech mężczyzn i kobiet reprezentujących obie strony dwudziestu siedmiu małżeństw. Dodatkowo przeprowadzono wywiady z dwudziestoma jedną zamężnymi kobietami bez udziału ich mężów (wszystkie wywiady były indywidualne). Respondenci reprezentowali dziesięć z szesnastu polskich województw oraz dwadzieścia osiem miast, miasteczek i obszarów wiejskich. Grupa była mniej więcej tak zróżnicowana, jak tylko mogliśmy ją uczynić, koncentrując się zarazem na osobach religijnie zaangażowanych.
Wszyscy poza kilkorgiem naszych rozmówców byli „komunikantami” – należeli do połowy wszystkich polskich uczestników mszy, którzy zazwyczaj przyjmują Eucharystię podczas niedzielnej mszy. Średni wiek mężczyzn wynosił trzydzieści pięć lat, a kobiet 33,5 roku. Wśród czterdziestu ośmiu rodzin uwzględnionych w danych było osiemdziesięcioro czworo dzieci (1,75 dziecka na rodzinę), a siedmioro kolejnych było w drodze. Jedenaście małżeństw nie miało dzieci.
W rodzinach posiadających dzieci średnia wynosiła 2,2 dziecka – dwukrotnie więcej niż krajowy wskaźnik dzietności. Trzydzieści jeden małżeństw mieszkało w mieszkaniach; połowa z nich była wynajmowana, a połowa najemców była w trakcie dochodzenia do własności. Powierzchnia mieszkań wynosiła od 540 do 1000 stóp kwadratowych [około 50–93 m² – przyp. redakcja Tertio]. Siedemnaście małżeństw mieszkało w domach, które były większe i zazwyczaj znajdowały się na przedmieściach lub na wsi. Małżeństwa były, ogólnie rzecz biorąc, stabilne. Niektóre były bardziej harmonijne od innych.
Cena wierności Humanae vitae
Wielu naszych rozmówców – siedmioro na dziesięcioro – powstrzymywało się od współżycia seksualnego przed ślubem. Niemal wszyscy w jakiejś formie uczyli się NPR, przy czym najlepiej poinstruowani byli ci, którzy po raz pierwszy zetknęli się z nim w swoich rodzinach, a następnie ponownie na lekcjach religii w szkole (obecnie jest to politycznie uwikłana dziedzina), a nie podczas kościelnych kursów przygotowujących do małżeństwa, gdzie temat ten omawia się z bardzo różnym poziomem umiejętności, rygoru i przekonującego wdzięku.
Trzymanie się Humanae vitae jest trudne, a z czasem trwania małżeństwa stawało się coraz trudniejsze. Niektórzy w końcu pogodzili się ze stosowaniem antykoncepcji. Ilu? Jakiej? Dlaczego? I w jakim celu? Dobre pytania.
Trzydzieści siedem z czterdziestu ośmiu małżeństw kiedykolwiek stosowało jakąś formę NPR. Spośród nich nieco ponad połowa (dziewiętnaście) nadal to robiła, bez żadnego uzupełnienia w postaci antykoncepcji. Tylko cztery z czterdziestu ośmiu małżeństw deklarowały, że nigdy nie stosowały ani NPR, ani żadnej formy antykoncepcji. Można by pomyśleć, że te cztery pary miały gromadkę dzieci, ale prawda jest odwrotna: były świeżo po ślubie, zawarły małżeństwo w późniejszym wieku albo były niepłodne.
Inne małżeństwa stosowały taką czy inną formę antykoncepcji, czasami łącząc ją z metodą NPR, przy czym najsilniejszą preferencją było używanie prezerwatyw (szesnaście małżeństw), a następnie „coitus interruptus”, czyli stosunek przerywany (osiem). Innymi słowy, polscy katolicy stosujący antykoncepcję zdecydowanie preferują prostotę i okazjonalne stosowanie zamiast celowego planowania czy ingerowania w naturalne funkcjonowanie organizmu. Co więcej, niemal żadne małżeństwo nie wybierało hormonalnych, chemicznych, mechanicznych czy chirurgicznych sposobów zapobiegania ciąży. Większość naszych badanych postrzegała te metody jako oczywistą szkodę dla kobiecego ciała i płodności – w sposób, jaki od czasu zatwierdzenia pigułki przez FDA w 1960 roku niewiele Amerykanek postrzegało te kwestie. Tylko jedno małżeństwo (z czterdziestu ośmiu) wskazało na aktualne stosowanie pigułki.
Otwartość na życie i granice wytrzymałości
Mimo to trwała, dosłowna „otwartość na życie” przez cały okres płodności kobiety była rzadkością. Jak dotąd realizowało ją zaledwie kilka małżeństw, a większość z nich zawarła małżeństwo po trzydziestce. Znacznie częściej spotykałem matki tak wyczerpane opieką nad małymi dziećmi, że w zamian za prostą gwarancję, iż wkrótce nie pojawi się kolejne dziecko, rezygnowały na całe miesiące z upragnionej bliskości seksualnej z mężem. Wydawało się, że wiele z nich to dobre matki, które jakoś dawały sobie radę w niewielkich dwupokojowych mieszkaniach.
Magdalena (to pseudonim) miała szczęście. Ta trzydziestosześcioletnia kobieta pracowała w katolickiej edukacji religijnej i mieszkała z mężem oraz czworgiem dzieci (najstarsze miało siedem lat) w mieszkaniu o powierzchni 1000 stóp kwadratowych. Dzieci spały w tym, co większość z nas nazwałaby salonem. Magdalena i jej mąż nie byli ani bogaci, ani biedni – po prostu nie było ich stać na dom, a większe mieszkania na wynajem były drogie i rzadko pojawiały się na rynku. Pobożna żona, matka i edukatorka, Magdalena sumiennie czytała encykliki i adhortacje i przez długi czas „jasno i kategorycznie […] sprzeciwiała się wszelkim formom antykoncepcji w każdych okolicznościach”.
Kiedy przeprowadzano z nią wywiad, ona i jej mąż pozostawali wierni Humanae vitae. Jej przywiązanie do niej zaczęło jednak słabnąć. Zastanawiała się nad jednym z postulatów raportu większości – aby pierwszeństwo przyznać ogólnej płodności małżeństwa. Choć niewątpliwie znaleźliby się polscy księża, którzy sympatyzowaliby z takim przesunięciem akcentów, Magdalena nie była jeszcze na to gotowa.
„Nadal stosuję się [do nauczania Kościoła]. […] Ale to mnie męczy i jest trudne”. A także: „Nie mam już takiej potrzeby osądzania, czy [inni] używają prezerwatyw, czy nie. Wcześniej zdecydowanie bym się temu sprzeciwiła, ale teraz częściej mówię sobie, że nie znam wszystkich okoliczności i być może są takie, które to usprawiedliwiają”.
W tamtym czasie ona i jej mąż praktykowali wstrzemięźliwość już od sześciu miesięcy i przewidywali możliwość „kolejnych sześciu miesięcy albo i dłużej”.
Kiedy kilka miesięcy później odwiedziłem ją ponownie, ich sytuacja się poprawiła. Po długim okresie karmienia piersią czwartego dziecka zaczęła znowu regularnie owulować, dzięki czemu mogła wrócić do przewidywania „bezpiecznych” okresów na bliskość seksualną – nawet jeśli okresy te występowały rzadziej, niż oboje by chcieli. To, czego najbardziej pragnęli, przynajmniej na razie, to uniknąć poczęcia piątego dziecka.
Kiedy rodzinna pomoc nie wystarcza
Można by bagatelizować trudności, z jakimi mierzą się małżeństwa, odpowiadając radą w rodzaju tej, która nakazuje innym „robić trudne rzeczy”. Ludzie są jednak bardziej skłonni robić trudne rzeczy, kiedy otrzymują pomoc. Rodzicielstwo staje się trudniejsze w epoce mobilności, w której wielu z nas mieszka daleko od rodziny. Jak ujęła to jedna z respondentek we wcześniejszym badaniu polskich małżeństw: „Bardzo potrzebujemy babci!”.
Jej prośba o pomoc babci rezonuje. Moja własna żona opiekuje się dwiema naszymi wnuczkami przez sześć godzin w każdy dzień powszedni, umożliwiając ich rodzicom jakoś się utrzymać i pozwalając im stać się właścicielami domu na przedmieściach Austin.
Polscy dziadkowie mają jednak własne wyobrażenia o wielkości rodziny, ukształtowane w warunkach centralnej kontroli i – aż do połowy lat 80. – tłumienia sprzeciwu. Większość rodziców naszych respondentów opowiadała się za nie więcej niż dwojgiem wnucząt, a czasem za jeszcze mniejszą ich liczbą. Im więcej dzieci mieli nasi rozmówcy, tym silniej odczuwali brak aprobaty ze strony swoich rodziców.
Jedna z matek (Monika) opowiedziała o osobliwym zdarzeniu, które miało miejsce podczas jej drugiej ciąży:
„Byłam u teściów i przyszła babcia, wzięła mnie na bok i powiedziała, że powinnam poprosić o cesarskie cięcie przy porodzie, dogadać się z lekarzem, dać mu łapówkę i kazać mu podwiązać jajowody [sterylizacja jest w Polsce nielegalna – przyp.]. [Powiedziała:] «Tak robią tutaj dziewczyny. Kobiety tak robią. I tak się to tutaj załatwia». Powinnam po prostu dogadać się z lekarzem. Odmówiłam rozmowy na ten temat, cały czas powtarzałam, że to nie jest rozmowa, którą powinnyśmy prowadzić, że to sprawa między mną a moim mężem. […] A ona w kółko powtarzała to samo.”
Monika miała w domu pięcioro dzieci, a mimo to trudno byłoby nazwać ją tradycjonalistką. (Popierała na przykład ideę przyszłych kobiet-księży). Jej mąż wzdycha za większą elastycznością w nauczaniu Kościoła. Oboje pozostają praktykujący, choć nie oczekują tego samego od innych.
Jak wynika ze słów babci ze strony teściów Moniki, polski system ochrony zdrowia służy pomocą w kontrolowaniu płodności. Niewielu naszych badanych dobrze wspominało porody w szpitalach, szczególnie ten pierwszy. Relacje o niewrażliwych lekarzach, opryskliwych pielęgniarkach czy problematycznych szpitalach publicznych nie należały do rzadkości. Krystyna, matka trojga dzieci, tak opowiedziała o swoim pierwszym porodzie:
„Przyjechaliśmy za wcześnie. […] I było mnóstwo nieprzyjemnych rzeczy – między innymi lekarz powiedział mi: «Dziecko zgnije pani w środku, jeśli nie weźmie pani oksytocyny». Do dziś oboje z mężem to pamiętamy. […] Poród trwał dwa dni. A po tych dwóch dniach nie miałam już siły, więc zrobili mi cesarskie cięcie. [Potem] miałam krwotok, bo moja macica wpadła w atonię [czyli nie obkurczała się]. Po porodzie byłam w bardzo złym stanie emocjonalnym.”
Podsumowała to doświadczenie słowami: „Szczerze mówiąc, gdybym naprawdę nie chciała mieć więcej dzieci, nigdy więcej bym przez to nie przeszła”. A jednak przeszła – jeszcze dwa razy, przy czym doświadczenie i wcześniejsze przygotowanie pozwoliły jej podejść do kolejnych porodów inaczej, ujawniając coś, co wiele kobiet wiedziało albo czego musiało się dowiedzieć: trzeba było w możliwie największym stopniu przejąć kontrolę nad przebiegiem porodu, nawet jeśli oznaczało to zaakceptowanie większego ryzyka i większych kosztów. Koszty porodu domowego nie są refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia.
Polska może się również „pochwalić” najwyższym w Europie odsetkiem nacięć krocza (51 procent przy pierwszych porodach drogami natury) oraz cesarskich cięć (55,1 procent), według badań z 2021 i 2025 roku. Fakty te mają znaczenie dla gotowości małżeństw do przestrzegania Humanae vitae:takie zabiegi sprawiają, że powrót do współżycia seksualnego jest wolniejszy i bardziej bolesny.
Poważne nacięcie wykonane przy porodzie dziecka ważącego 9,5 funta pozostawiło jedną z matek w bólu nie tylko podczas seksu – w następnym roku doszło do niego zaledwie trzy razy – lecz nawet podczas pokonywania dłuższych dystansów pieszo. „Kiedy zmienia się pogoda, czuję bliznę” – zauważyła dwudziestosześcioletnia matka jednego dziecka z Poznania.
Po wypisaniu świeżo upieczonych matek ze szpitala ponownie wkraczają lekarze, proponując pigułkę. Dla wielu z nich perspektywa zajścia w ciążę w którymkolwiek momencie kolejnych dwunastu do osiemnastu miesięcy wydawała się szaleństwem. Miesiączki podczas karmienia piersią lub po jego zakończeniu zwykle wracały nieregularnie.
Te miesiące po ciąży były najbardziej przewidywalnym okresem, by rozważyć uzupełnienie NPR. A jeśli lekarze stanowczo ostrzegali je, by nie zachodziły w ciążę w najbliższym czasie – a wielu tak robiło – zaniepokojone kobiety i ich mężowie skłonni byli przyznać lekarzom moralny autorytet w kwestii tego, co wydarzy się dalej.
Jedna z matek, której zaproponowano i przepisano tabletki antykoncepcyjne – i która przyjmowała je przez kolejny rok – ze zdumieniem obserwowała własną drogę: „Nagle ważniejsze stało się dla mnie to, jak się czułam po porodzie, niż to, czego uczono mnie przez wiele, wiele lat”. Kobieta ta należała do nielicznych respondentek, które otwarcie mówiły o powstrzymywaniu się od Eucharystii w czasie stosowania antykoncepcji.
Znacznie liczniejsi wśród naszych badanych użytkownicy prezerwatyw – jedna trzecia małżeństw – o wiele rzadziej wspominali o swoim stosowaniu antykoncepcji spowiednikowi czy kierownikowi duchowemu albo omawiali z nimi tę kwestię. Wielu uważało lub było przekonanych, że prezerwatywa – jako jedyna spośród środków antykoncepcyjnych – może być rozwiązaniem dopuszczalnym religijnie, choć większość przyznawała, że Kościół jej nie aprobuje.
Uważali, że sumienie, w połączeniu ze świadomością, iż niektórzy księża po cichu ich popierają, pozwala im nałożyć dodatkową warstwę lateksu w te dni, gdy ryzyko ciąży jest największe. Ich zdaniem przynosiło to małżeństwu upragnioną ulgę.
Kto naprawdę decyduje?
Rzeczywiście, słowo „sumienie” pojawiło się na ustach dwudziestu czterech respondentów (w tym obojga małżonków w pięciu parach). Dla porównania, Humanae vitae wymieniło z własnej inicjatywy pięcioro respondentów, a Jana Pawła II zaledwie troje (żadnego z tych terminów nie podsuwaliśmy). Wszyscy poza garstką osób, które przywoływały „sumienie” w kontekście stosowania prezerwatyw, chodzili co tydzień na Mszę i przyjmowali Eucharystię. Kilkoro tego nie robiło. Joanna i Tomasz byli jedną z takich par. Przekonani, że nie otrzymają rozgrzeszenia podczas spowiedzi, ograniczyli udział we mszy. Przez kilka miesięcy ich dzieci pytały:
„«Dlaczego nie chodzimy [na Mszę]? Dlaczego nie idziemy do Komunii?». Teraz już nie pytają. A [nasz syn] jest w takim wieku, że w przyszłym roku przystąpiłby do Pierwszej Komunii, ale my nie chodzimy i wszystko się rozpada. Więc trzymamy się zasady – nie dostałem rozgrzeszenia, więc nie przystępuję do Komunii – ale to tworzy ogromne pęknięcie [między nami a Kościołem], wiesz?”
Stosowanie prezerwatyw na ogół nie było rezultatem wspólnego podejmowania decyzji przez małżonków. To kobiety częściej decydowały. Jeśli kobieta opowiadała się za czystością przedmałżeńską, zwykle tak właśnie było. A jeśli uznawała, że ciąża w najbliższym czasie byłaby złym pomysłem, zazwyczaj pojawiała się jakaś forma antykoncepcji. Gdyby decyzja należała do mężczyzn, większość spośród naszych rozmówców rozpoczęłaby współżycie z żonami przed ślubem i miałaby więcej dzieci później. Zamiast tego mężowie w dużej mierze podążali za decyzjami swoich żon, nawet jeśli przedstawiano je jako wspólnie podjęte.
Artur, czterdziestodwuletni ojciec dwojga dzieci, uważał, że „bycie matką lub ojcem w dużej rodzinie, albo założenie dużej rodziny, albo pozostawanie otwartym na dużą rodzinę” jest „heroiczne”. Dlaczego więc używać prezerwatyw? To skomplikowane: „Nie można nikogo zmusić do heroizmu. […] Chciałbym mieć w sobie taką heroiczną odwagę. Nie mam jej, ale chciałbym”. Kiedy zapytano Artura, czy w tej kwestii czegoś żałuje, historia zrobiła się jeszcze bardziej zawiła:
„Tak, tak, żałuję. […] Wciąż to w sobie noszę [żale i poczucie krzywdy]. […] Myślę o tym, że zabrakło mi sprawczości i że nie ustaliłem własnych warunków i priorytetów. […] Powstrzymywaliśmy się od seksu przed ślubem. Wywoływało to we mnie wiele frustracji. Myślę, że mnie to zmieniło. Byliśmy temu naprawdę oddani, bo [moja żona] była w tej kwestii bardzo stanowcza i głęboko zaangażowana w nauczanie Kościoła i tak dalej, więc się temu podporządkowaliśmy. Później […] przeszliśmy na NPR, a kiedy [moja żona] zmieniła zdanie, przeszliśmy na prezerwatywy. I miałem takie poczucie, że jestem po prostu, no, jak przyczepa holowana tam, gdzie jedzie ciężarówka.”
Mateusz, trzydziestodwuletni lekarz i ojciec czworga dzieci, potrafił się z nim utożsamić. Kiedy zgodził się na używanie prezerwatyw, poszedł do spowiedzi do księdza. „Jakoś doszliśmy do stanowiska, że można na to pozwolić” – wspominał. „To trochę tak, jak kiedy w pokoju jest bałagan, prawda? To znaczy, masz bałagan, mieszkasz w tym pokoju, ten bałagan ci przeszkadza, ale na razie w nim mieszkasz”. Ponieważ jego żona bardzo pragnęła współżycia, ale obawiała się ciąży, czuł, że ma niewielki wybór.
Kryzys, terapia i nowe autorytety
Kobiety konsekwentnie wydawały się bardziej przejęte ograniczonym dostępem seksualnym do swoich mężów niż mężczyźni. Możliwe, że ta asymetria wynikała z faktu, iż to kobieta przeprowadzała wywiady z naszymi badanymi; być może mężczyźni byliby bardziej otwarci na temat małżeńskiego pożądania, rozmawiając z mężczyzną. Niezależnie od tego wiele kobiet niezależnie od siebie ubolewało nad zderzeniem nasilonego libido podczas owulacji z pragnieniem uniknięcia ciąży – w Stanach Zjednoczonych stosowanie doustnej antykoncepcji jest tak powszechne, że uwagi tego rodzaju mogą być rzadsze, ponieważ pigułka zapobiega owulacji.
Wiele kobiet mówiło, że spadek pożądania po owulacji był tak znaczny – albo ich cykle były tak nieregularne, albo jedno i drugie – że współżycie znikało z ich małżeństw na całe miesiące. Nie powinno więc dziwić, że kobiety skłonne były uważać problem niezaspokojonego, uzasadnionego pożądania za bardziej niesprawiedliwy wobec nich niż wobec mężczyzn, których libido jest mniej kapryśne.
Zwrot ku stosowaniu prezerwatyw często następował po małżeńskim „kryzysie”. Szymon, trzydziestotrzyletni ojciec jednego dziecka, żonaty od siedmiu lat, użył tego określenia, opowiadając o tym, jak wraz z żoną porzucili NPR:
„Postanowiliśmy więc używać prezerwatyw, ponieważ przechodziliśmy kryzys w naszym związku. A jednocześnie uczono nas i kierowano nas ku przekonaniu, że nasza bliskość i więź seksualna są bardzo ważne. […] Uznaliśmy, że to po prostu ważniejsze [niż nasze skrupuły]. […] Każdemu człowiekowi potrzebna jest bliskość. I można ją stracić przez zasady czy moralizowanie. Ale myślę, że najważniejsze jest bycie razem. Uczę się tego również na terapii – że ja i moja żona powinniśmy być sobie najbliżsi, bliżsi niż ktokolwiek inny. Jeśli to rzeczywiście jest ze wszystkich relacji ta najbliższa, to bardzo ważne jest, żeby taka pozostała. A skoro tak, to myślę, że wszystko jest do przyjęcia.”
Kryzysy małżeńskie, choć realne w swoich konsekwencjach, są konstrukcjami społecznymi. Jak małżeństwa decydują, czy znajdują się „w kryzysie”? Można by przypuszczać, że każdy kryzys jest specyficzny dla danej pary, ale byłoby to naiwne. Kryzys małżeński pojawia się wtedy, gdy jedna lub obie strony uznają, że – w odróżnieniu od tego, jak wyobrażają sobie funkcjonowanie „normalnych” małżeństw – ich związek ma określone, uporczywe problemy, które są nienormalne i wymagają naprawy, i to szybko.
Kryzys w małżeństwie Szymona doprowadził parę do podjęcia psychoterapii małżeńskiej. To ważne rozróżnienie w danych. Wypowiedzi naszych respondentów o terapii konsekwentnie wiązały się z pozytywnym nastawieniem do antykoncepcji. Tak jak lekarz staje się zewnętrznym autorytetem moralnym w miesiącach po porodzie, tak chrześcijański psychoterapeuta staje się autorytetem w kwestiach moralności seksualnej dla małżeństw, które postrzegają swoje małżeństwo jako znajdujące się w kłopotach (dla porządku: wszystkie czterdzieści osiem małżeństw uwzględnionych w tych danych nadal trwa).
Inna „otwartość”
Empatia jest rzeczą ludzką. Znacząca mniejszość naszych respondentów uważa, że istnieje tutaj pewne dobro – małżeństwo oparte na więzi i wzajemnym towarzyszeniu – które wymaga ochrony przed małżeńskimi podatnościami, jakie Humanae vitae nieumyślnie wzmacnia. Dlatego dla wielu sens ma zwrot ku innej definicji „otwartości”.
„Myślę, że celem jest płodność, posiadanie dzieci” – stwierdził Adam, trzydziestotrzyletni ojciec trojga dzieci. „Tak więc ważniejsze jest to, czy jesteśmy otwarci na posiadanie dzieci, niż to, czy stosujemy antykoncepcję”. Zbiegiem okoliczności jego żona, Joanna, jest terapeutką i wydaje się być zdeterminowana, by dzielić się swoim sprzeciwem z przyjaciółmi:
„Właściwie uważam, że odkąd zaczęłam stosować antykoncepcję, mam znacznie lepszą relację z Bogiem. […] To może zabrzmieć absurdalnie, w tym sensie, że rozumiem, iż może to kogoś urazić. […] Po prostu uważam, że Kościół nie powinien skupiać się na tym, że ludzie nie chcą mieć dzieci, lecz raczej na tym, co może pomóc [małżeństwom] przy każdym cyklu rozważyć, czy nadszedł czas na kolejne dziecko.”
Magdalena, katolicka edukatorka i matka czworga dzieci, uważała, że jej własna sytuacja stała się paradoksalna. Wprowadzenie prezerwatyw otworzyłoby jej małżeństwo na życie, ponieważ prezerwatywy, podobnie jak każda forma antykoncepcji, mają udokumentowany odsetek zawodności. Natomiast decyzja o powstrzymywaniu się od współżycia przez całe miesiące uczyniła jej małżeństwo całkowicie zamkniętym na życie.
Jak rozumowała, dla Kościoła ważniejszy wydaje się sam akt niż nastawienie. Choć intelektualnie nie zgadza się już z nauczaniem Kościoła, nadal formalnie go przestrzega, „ponieważ istnieje ogromna przestrzeń między niezgadzaniem się z Kościołem w swoim umyśle a robieniem tego samego w działaniu”.
Czy antykoncepcja ratuje małżeństwa?
Abyśmy nie wyciągnęli pochopnego wniosku, że prezerwatywy ratują małżeństwa, zapewniając dostęp do seksu, nie znam żadnych rzetelnych dowodów z zakresu nauk społecznych wskazujących, że nieco częstszy seks między mężem a żoną pomaga zapobiegać rozwodom. Powszechne są założenia, że mniejsze rodziny (i kontrola płodności) prowadzą do większej satysfakcji seksualnej, a ta z kolei zmniejszy prawdopodobieństwo rozwodu. W Stanach Zjednoczonych po prostu nie ma na to dowodów.
Wprowadzenie antykoncepcji rzeczywiście wydaje się przynosić więcej spokoju i mniej lęku małżeństwom, które się na nią decydują, nie powodując jednak wyraźnego wzrostu szczęścia małżeńskiego. Co uderzające, wprowadzenie prezerwatyw nie przyniosło wyraźnej różnicy w częstotliwości współżycia. Średnia częstotliwość współżycia w ciągu ostatnich dwóch tygodni, zgłaszana przez małżeństwa używające prezerwatyw, wynosiła 1,77 razy, w porównaniu z 1,72 wśród tych, które ich nie używały. Niewielka liczba respondentów, którzy zgłosili cztery lub więcej stosunków, podniosła obie średnie; bez nich średnie były bliższe 1,65 i 1,53.
Spodziewałem się wyraźniejszej, a być może także statystycznie istotnej różnicy. Jedynym zauważalnym odstępstwem było jedenaście małżeństw bezdzietnych, z których większość nie używała prezerwatyw: średnia wynosiła w ich przypadku 2,1 stosunku w ciągu dwóch tygodni. Żadne z czterech najbardziej aktywnych seksualnie małżeństw – pod względem liczby stosunków w ostatnim czasie – nie stosowało antykoncepcji; dwa z nich były bezdzietne.
Bez wątpienia pozostają też abstynenci. Wśród jedenastu małżeństw, które nie zgłosiły żadnego współżycia w ciągu ostatnich dwóch tygodni, tylko dwa używały prezerwatyw. Tak więc, choć kryzysowe „przełomy” mogą wprowadzać nowe praktyki do polskich małżeństw katolickich, codzienne życie ma sposób, by przywracać pary do ich dotychczasowych wzorców aktywności seksualnej.
Nieobecność pożądania nie jest też udziałem tych, którzy odmawiają stosowania antykoncepcji. Agnieszka, która miała czterdzieści lat, od osiemnastu lat była mężatką i miała pięcioro dzieci, określiła decyzję o powstrzymywaniu się od współżycia w szczycie libido jako „naprawdę trudną”. To znajoma opowieść, ale dla Agnieszki nie była powodem do zmiany kursu. Karolina, trzydziestosześcioletnia matka trojga dzieci, od dwunastu lat zamężna, również rozumiała napięcie w relacji powodowane okresową wstrzemięźliwością i postanowiła zmierzyć się z nim bezpośrednio:
„Myślę, że naprawdę należę do bardzo, bardzo, bardzo niewielkiej mniejszości […] która uważa, że czekanie na siebie nawzajem – jeśli poczęcie jest [celowo] odkładane – jest naprawdę wartościowe. […] Nie wiem, wydaje mi się, że w dzisiejszych, przesyconych seksualnością czasach, ta dzikość, ta pobłażliwość – tutaj, teraz, wszystko – nie dotyczą tylko seksu. Warto czekać i jest czas radości. I zawsze żartujemy z tego między sobą; dla nas to zawsze taki zabawny etap: «O, wreszcie dostaliśmy zielone światło!». […] Ale człowiek to docenia i wiem, że nawet gdyby coś się ze mną stało, gdyby jakaś ciąża była trudna, mój mąż i tak by czekał. To świadomość zaufania. To niesamowite. Dlatego […] ludziom dzisiaj trudno tego doświadczyć.”
Karolina zbudowała most do swojego męża, rozładowując napięcie humorem.
Kultura, która nie sprzyja dzieciom
Nawet niektórzy świadomi przeciwnicy nauczania Kościoła potrafią dostrzec, że antykoncepcja nie rozwiązuje źródła ich problemów. Zapytana o bardzo niski wskaźnik dzietności w Polsce, Paulina stwierdziła, że nie chodzi o brak mieszkań czy pieniędzy.
Mimo swojego sprzeciwu wobec nauczania Kościoła ta trzydziestojednoletnia matka dwojga dzieci zaskoczyła mnie, mówiąc, że „kluczową kwestią jest kultura. Posiadanie dzieci nie wiąże się już naprawdę z prestiżem społecznym ani z tym, że patrzy się na nie z szacunkiem”. Obawia się reakcji obcych ludzi w kościele, restauracjach i przestrzeni publicznej. Jeśli chodzi o rozwiązanie, „myślę, że tak naprawdę chodzi o wspieranie rodziców – sprawienie, żeby czuli się ważni społecznie i mieli pomoc”.
Wielkość rodziny jest społecznie zaraźliwa. To, czego pragniemy, jest silnie kształtowane przez nasze grupy rówieśnicze, a nawet przez obcych ludzi. Można wyobrazić sobie (a następnie zapragnąć) większej liczby dzieci, kiedy widzi się innych mających więcej dzieci. Odwrotność również jest prawdziwa.
Kiedy byłem prezbiterianinem, znałem w naszym zborze tylko jedno małżeństwo po trzydziestce z czworgiem dzieci. W związku z tym uważałem czworo dzieci za „trochę za dużo”. Kiedy moja żona i ja zostaliśmy katolikami, nasze pragnienia zmieniły się wraz z tym.
Podobnie jak pierwotni twórcy technologii antykoncepcyjnych, Raport Większości Papieskiej Komisji ufał małżonkom, że sami rozeznają, co jest najlepsze dla ich związków i rodzin (nie wspominajmy już o tym, że technologie te w dużej mierze odpowiadają za stworzenie rynku krótszych związków, który charakteryzują oszustwo, manipulacja, cierpienie, lęk i samotność).
Autorzy raportu uważali, że nie zaprzeczają „autentycznemu sensowi” tradycji Kościoła ani wcześniejszym wypowiedziom, takim jak Casti connubii, gdy opowiadali się za „regulowaniem poczęć za pomocą środków ludzkich i godziwych, ukierunkowanych na sprzyjanie płodności w całokształcie życia małżeńskiego”. Autorzy raportu mogli na tym poprzestać, pozostawiając część o „ludzkich i godziwych” środkach otwartą na interpretację. Ale tego nie zrobili. Zamiast tego stwierdzili, że „skazanie małżeństwa na długą i często heroiczną wstrzemięźliwość jako środek regulowania poczęć […] nie może być oparte na prawdzie”.
Nie może? Całkiem sposobne. Stwierdzenie „nie może” jest zbyt stanowcze. Przypomnijmy sobie Artura, czterdziestodwuletniego ojca, którego cytowaliśmy wcześniej, a który tęsknił za heroizmem.
Raport z 1966 roku naciskał na radykalną zmianę, motywowaną częściowo przez sensus fidei fidelium, a także przez „zmiany społeczne w małżeństwie i rodzinie”, spadek śmiertelności niemowląt, „nowe zasoby wiedzy” w naukach przyrodniczych i społecznych, zmieniające się rozumienie „wartości i znaczenia ludzkiej seksualności i relacji małżeńskich”, a przede wszystkim naszym obowiązkiem wspierania i rozwijania życia ludzkiego poprzez odkrycia i rozwój naukowy.
Akapit, w którym przedstawiono te powody, jest najbardziej ironicznym i obciążającym fragmentem dokumentu, ujawniającym, jak bardzo posoborowy Kościół – jego biskupi i eksperci – był przesadnie pewni siebie w kwestii zmian społecznych napędzanych wiedzą. Sześćdziesiąt lat później obserwujemy finał tej historii: załamujące się wskaźniki dzietności, odroczoną i wydłużoną adolescencję, śmierć randkowania, preferowanie dobierania partnerów za pośrednictwem społecznych pośredników oraz seksualną recesję zarówno wśród małżeństw, jak i osób pozostających we wspólnym pożyciu, a także gwałtowny wzrost masturbacji na przestrzeni całego życia.
Coraz bardziej jesteśmy sami, spoglądając na siebie jakby przez mroczne zwierciadło. Nic z tego nie może stanowić owego „głębszego rozumienia” małżeństwa, które – jak twierdzili autorzy raportu większości – udało im się dostrzec.
Humanae vitae nie dotyczy wyłącznie ludzkiego życia. Dotyczy dyscypliny i wiary w związkach trwających całe życie, w epoce, w której obraz jest królem, a uwaga – wszystkim. Twierdzenia encykliki nie są łatwe. Ale nie są też błędne. Im bardziej katolicka wspólnota, parafia czy naród stają się wrogo nastawione do reprodukcji, tym trudniej katolikom będzie przestrzegać Humanae vitae, a ostatecznie także trwać w małżeństwie. Kiedy nawet wierni sprzeciwiający się nauczaniu mówią, że ich problem polega mniej na doktrynie niż na otaczającej ich kulturze, być może powinniśmy im uwierzyć.
Tekst został pierwotnie opublikowany 22 września 2026 roku na portalu First Things pod tytułem Living Humanae Vitae in Poland. Tłumaczenie i nagłówki: Mateusz Dadura z redakcji Tertio.