Turecka katecheza NINIWA Team

Refleksje uczestników ostatniej wyprawy pieszej NINIWA Team, do których warto wrócić… by potem wyruszyć samemu.

 

Wyprawy piesze na dobre wpisały się już do kalendarza Oblackiego Duszpasterstwa Młodzieży NINIWA. Każdego roku grupa śmiałków lub tych, którzy dopiero postanowili nimi zostać, rusza w stylu wypraw NINIWA Team – czyli bez umówionych noclegów i z całym dobytkiem na plecach – w drogę, która liczy ok. 400 km. Ten styl został nazwany „na wiarę”. Atutem tej drogi jest wiele okazji do rozmów na górskich szlakach i okazja, by stworzyć wspólnotę – to znacznie wynagradza trud słońca, deszczu i kilometrów w nogach.

W poprzednich latach piechurzy szli przez Rumunię, gruziński Kaukaz czy też wracali autostopem z Medziugorie do Kokotka po bałkańskich przygodach. We wrześniu ostatniego roku za cel pieszej wyprawy NINIWA Team obraliśmy góry Kaçkar, na które wyruszyliśmy z miasta Trabzon. Turcja od początku wydawała się nam i przyjazna, i tajemnicza.

Początkowo, gdy szliśmy na wysokości ok. 2 tys. metrów, byliśmy przyjmowani nad wyraz życzliwie przez nadjeżdżających kierowców, który żywo interesowali się naszym losem. Góry, które nas otaczały, były podobne do bieszczadzkich połonin, jednak bardziej strome i nie dało się po nich swobodnie biegać, trzeba było trzymać się szlaku. Nocowaliśmy w wioskach lub osadach, gdzie w twarzach ludzi, pobrużdżonych od trosk i pewnie niełatwego życia, widać było oblicze dobra i dużą serdeczność w przyjmowaniu wędrowców.

Dom w chmurach

Pierwszy element katechezy, którą przeżyliśmy w Turcji, spotkał nas już na początku drogi, gdy wieczorem schodziliśmy z przełęczy na 2,7 tys. m. i zaznaczone wcześniej na mapie miejsce na nocleg okazało się mocnym niepewnym skosem wśród deszczowych chmur, w których poruszaliśmy się często. Zupełnie nieoczekiwanie dwóch kolegów, którzy przyjechali z Istambułu do domku położonego obok drogi, widząc, że jest nas 29… bez wahania zaproponowało nocleg u siebie.

Jeden z młodych zauważył, że przestali jeść jagnięcinę, którą mieli na obiad, by podzielić się z nami. Wieczorem zorganizowali jeszcze kolację, którą specjalnie przywieziono do domku. Skrzętnie wypełniliśmy cały dom, każdy kawałek podłogi był zajęty. Ta gościna, której udzielili nam muzułmanie, była niezwykła – kto wędruje, ten wie, ile znaczy nocleg w suchym miejscu.

W kolejnych dniach potęgowało się w nas to przekonanie, że pomimo iż jesteśmy daleko od domu, czujemy wsparcie ludzi, którzy widzą nas po raz pierwszy i nie zostają obojętni. Zgodzili się na przykład na nocleg grupy w restauracji zaraz po jej zamknięciu pod meczetem (tylko chłopaki), zaś dziewczyny spały w 300-letniej chacie obok. Tak jakby napotkani ludzie kibicowali nam w tej drodze. A gdy nie mogli pomóc przez udzielenie noclegu, dali na przykład 1 kg herbaty.

Przekaż darowiznę Fundacja Instytut Tertio Millennio jest organizacją non-profit. Każdego roku wspieramy rozwój intelektualny setek młodych z całej Polski, w duchu nauczania św. Jana Pawła II. Dzięki Twojemu wsparciu możemy się rozwijać i realizować kolejne projekty, służące młodemu pokoleniu. Dziękujemy za każdą wpłatę i zachęcamy do regularnej pomocy!
Niepojęta Trójca na karimacie

W Parku Narodowym Kackar w pewien poniedziałek odprawialiśmy Mszę Świętą o poranku, o 4:20, wiedząc, że przed nami długa droga. W czasie przeistoczenia muezzin zaczął wołać na modlitwy muzułmańskie, a to wołanie zaczyna się od słów „Allahu Akbar”, tzn. Bóg jest największy. To połączenie nie umknęło uczestnikom.

W ogóle to, co duchowe, przeplatało się z tym, co prozaiczne, stając się na swój sposób bliskie. Dla mnie największą radością było głoszenie Słowa Bożego i Msze Święte na karimacie, ze śpiewami z „Niepojętej Trójcy” na dwa głosy. Ten ascetyczny widok skał, Eucharystia, śpiew i świadomość, że Jezus jest z nami wszędzie, jest fascynująca. Dla miłośników liturgii dodam, że gdy tylko było to możliwe, zawsze udawaliśmy się na Mszę do kościoła, a stało się tak w sumie… trzy razy. W Turcji chrześcijan jest bardzo mało.

Warunki wyprawy zmieniały się razem z górami, które pokonywaliśmy. Kilka dni wysokogórskiej drogi po zboczach było emocjonujące, natomiast droga, jaką pokonaliśmy, ostatecznie wyniosła 360 km. Chodzenie w chmurach ma jednak swoje konsekwencje w postaci chorób i osłabienia organizmu. Niemniej grupa dzielnie znosiła wszystkie niedogodności, to nas hartowało i jednoczyło.

By dobre relacje mogły się scementować, zmieniłem trochę plan, odejmując kilometrów i dodając czasu na wspólny odpoczynek w słońcu Batumi w Gruzji, ponieważ w drogę powrotną do Polski ruszaliśmy z Kutaisi.

Warto jeszcze poznać tę wyprawę z perspektywy dwójki uczestników

Jarek:

Dla kogoś takiego jak ja, kto nigdy nie był na długiej, zagranicznej, górskiej eskapadzie będącej skokiem w nieznane, wyprawa z NINIWĄ to przełomowe wydarzenie. Nie tylko ze względu na intensywny wysiłek, niecodzienny sposób funkcjonowania i piękne, górskie, dzikie widoki.

Wyprawa w tym wydaniu to z mojej perspektywy nowe węzły na obejmującej świat linie, do tej pory prostej. Znane z ekranów i książek opisy obcych kultur wydawały się wcześniej mniej poplątane, bardziej oczywiste, a zarazem zupełnie niezwiązane ze mną, niejednokrotnie wrogie. Kto by pomyślał, że Turcy, muzułmanie (innych trudno tam spotkać), wykażą się nigdzie wcześniej nie spotkaną gościnnością? Zapraszając tłum Polaków do małych domków, udzielając własnych zapasów jedzenia, rozpalonego kominka i miejsca do spania.

Jednocześnie inna lina – lokalna i niepozorna – objęła mnie i każdego z uczestników. Czas, jaki dają wielogodzinne marsze wśród górskich pejzaży i wiosek, skondensowany w jednym, kilkutygodniowym okresie, okazał się sprzyjać głębokim rozmowom. Mniejsze grupy, te autostopowe, otwierały każdego na bezpośrednią konfrontację z niezwykle pomocnymi kierowcami (statystycznie i przy uśrednieniu czekało się krócej niż na polskie pociągi).

Ta metafizyczna, relacyjna lina okazała się sięgać również wyżej: turecki ekmek (chleb), który nie raz dostawaliśmy nawet za darmo od skromnych pasterzy, towarzyszył temu Chlebowi, który jest jeden i ten sam. Codzienna Eucharystia (w krainie meczetów nieczęsto w murach kościoła) wyznaczała nam prawdziwy cel naszej drogi. Drogi wyrywającej z uporządkowanego, przewidywalnego świata pełnego codziennych nawyków i obowiązków. Prowadzącej przez świat, w którym w każdej, nawet najmniejszej wiosce, dźwiękowi dzwonów ustępował wibrujący, męski, egzotyczny głos. Czasami rozbrzmiewał zbyt mocno, bo wrogo wobec tych nielicznych kościołów, gdzie jeszcze tli się chrześcijańska wiara.

Był to zarazem świat pełnych życia miasteczek, w których pośpiech ustępuje życzliwym rozmowom przy szklaneczce czaju. Gdzie ci zabiegani ludzie? Dlaczego ta sama, zwykła, polska parzucha (zapasy własne) z gazowej kuchenki smakuje tak dobrze? Skąd tu tyle samodzielnych, wędrujących krów i radosnych stad owiec zamiast tirów i miejskich korków? „Szare eminencje zachwytu” Białoszewskiego na zielonym tle.

Trudno było wrócić. Wyprawa to sięganie do korzeni, w niejednym wymiarze.

Marysia:

Góry to zawsze czas próby. Dają wolność, ale też stawiają wyzwania, z którymi trzeba się mierzyć. Podczas ponad trzy tygodnie wędrówki wyzwaniami stają się kryzysy fizyczne, psychiczne, problemy w relacjach, a czasem docierają do nas trudności, które zostawiliśmy w domach tysiące kilometrów stąd.

Każdemu z nas doskwierało coś innego. Moim wyzwaniem okazał się problem, który dotknął mojej rodziny i to na tyle silnie, że jego echo zabrzmiało aż w Turcji. Miałam poczucie, że Bóg kompletnie zignorował intencję mojej wyprawy, tak kierując losami, że zadziało się coś dokładnie przeciwnego do mojej prośby. Miałam Mu za złe, że zamiast czerpać z uroków Turcji, moje myśli krążą wokół tego, co dzieje się w mojej rodzinie.

Cztery dni. Tyle zajęło Mu zajęcie się tą sprawą i wysłuchanie modlitw zarówno moich, jak i innych członków wyprawy. Rozwiązał wszystko tak, jak tylko On potrafi, prostując poplątane ścieżki. Pozwolił mi zrozumieć, jak ważne jest zaufanie, że kiedy kruszy jakiś bezpieczny i poukładany stan rzeczy, to często po to, żeby przez smutek i lęk mogła narodzić się nowa i lepsza rzeczywistość.

Często w górach nie plecak okazuje się największym ciężarem, ale to, z czym musimy się mierzyć w naszym sercu, a poradzić sobie z tym jest o wiele trudniej niż z bólem nóg. Ale właśnie w tym wszystkim działa Bóg, umacniając relację z Nim poprzez wspólne przechodzenie przez trudności.

„Bo w ogniu doświadcza się złoto”.

 

 

Ten wpis opublikowany pierwotnie został na portalu niniwa.pl prowadzonym przez Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej 24.03.2024