Błogosławieni ubodzy czy walka klas? Ewangelia wobec marksizmu i teologii wyzwolenia

Od lewej: Jean-François Millet, "Zbierające kłosy" (1857, lustrzane odbicie) — Ludwig Freiheit, "Robotnicy szturmują fabrykę" (ok. 1903).

Francis Fukuyama gorzko się pomylił, stwierdzając, że nastąpił już koniec historii i tryumf liberalnej demokracji będzie ostatnim krokiem na drodze do dobrobytu społeczeństw. Wciąż żyjemy w świecie podziałów i niesprawiedliwości, a do najpoważniejszych należy kwestia materialnego ubóstwa. Według danych Banku Światowego, ponad 8,5% ludzkości żyje w skrajnym ubóstwie – to około 700 mln osób. Skala tego problemu sprzyja przekonaniu, że to walka o godne życie powinna stać się głównym zadaniem religii. Gdzie  jednak kończy się chrześcijańskie miłosierdzie, a zaczyna polityczna rewolucja? I na czym polega napięcie między ortodoksją a tzw. ortopraksją teologii wyzwolenia?

Zapewne znakomita większość Czytelników tego artykułu może jedynie wyobrażać sobie, jak to jest nie mieć na co dzień środków na jedzenie, dostępu do bieżącej wody czy stałego i bezpiecznego miejsca zamieszkania. Nikt o zdrowych zmysłach nie stwierdziłby też, że taki stan rzeczy, stan skrajnego ubóstwa, byłby czymś godnym pożądania i cennym dla człowieka. A jednak nasza wiara, religia paradoksów, m.in. poprzez Pismo Święte mówi nam wielokrotnie i w różnych kontekstach o tym, że materialne ubóstwo jest błogosławieństwem. Jak mamy pogodzić to ze zdrowym rozsądkiem?

Przede wszystkim należy podkreślić, że materialny brak nie jest dobrem samym w sobie, tak jak jest nim chociażby mądrość, cierpliwość czy inne cnoty. Ubóstwo natomiast może stać się cnotą dopiero wtedy, gdy towarzyszy mu duchowe oderwanie od dóbr doczesnych, pielęgnowane ze względu na nadprzyrodzoną motywację. Osoba, która pragnie polegać jedynie na Bogu w każdej swojej potrzebie, może dobrowolnie podjąć się życia w maksymalnej prostocie na rzecz Królestwa Niebieskiego. Najczęściej ma to miejsce w ramach ślubów zakonnych, razem ze zobowiązaniem do życia w czystości i posłuszeństwie przełożonym. Jednak wybór takiego życia uszlachetnia człowieka dopiero wtedy, gdy jest jego wolną decyzją – bez tego czynnika nie ma większej wartości, a może wręcz przyczynić się do wewnętrznego zgorzknienia i utraty pokoju serca.

Ewangeliczna rada ubóstwa – kiedy brak dóbr materialnych staje się cnotą?

Chrystus nie potępił nigdy materialnej obfitości – był częstym gościem także u ludzi bogatych, takich jak chociażby Zacheusz. Zamożne kobiety (np. Joanna czy Zuzanna) wspierały Go ze swoich środków. Jednak mimo że człowiek bogaty może dostąpić zbawienia tak samo jak ubogi, to jednak jego droga będzie bardziej kręta i wyboista – będzie musiał włożyć wiele wysiłku w to, aby pozostać wewnętrznie wolnym od przywiązania do swoich wygód. W Ewangelii wg św. Łukasza, bezpośrednio po rozmowie z zamożnym młodzieńcem, Chrystus mówi do swoich słuchaczy: „jak trudno bogatym wejść do królestwa Bożego. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego” (Łk 18, 24n). Właśnie dlatego te osoby, które czują w sobie szczególne wezwanie do chrześcijańskiej doskonałości, decydują się pozostawić swoją własność i dążyć do całkowitej wolności wewnętrznej, realizując jedną z trzech rad ewangelicznych.

U zarania chrześcijaństwa cnota ubóstwa była realizowana np. przez prywatne śluby albo życie pustelnicze. Wraz z rozwojem idei wspólnotowego życia konsekrowanego rozwijało się rozumienie ducha ubóstwa. Zgodnie z regułą spisaną przez św. Benedykta wszelkie dobra materialne należały do wspólnoty – brak było indywidualnej własności mnichów, natomiast nie wiązało się to jeszcze z odrębnym ślubem zakonnym. Pierwszym zgromadzeniem, gdzie taki ślub wprowadzono, był Zakon Braci Mniejszych św. Franciszka z Asyżu, który miał wyróżniać się szczególnie żebraczym charakterem i powierzeniem wszystkich swoich potrzeb Bogu.

Widać zatem wyraźnie, że ubóstwo ma swoje poczesne miejsce w modelu życia chrześcijańskiego. Należy jednak jeszcze raz podkreślić, że musi być ono podejmowane dobrowolnie i z nadprzyrodzoną motywacją. Gdy te warunki są niespełnione, dana przez Boga godność człowieka zostaje naruszona; chrześcijanin ma wtedy obowiązek interweniować. Nie wolno mu zasłaniać się rzekomym uszlachetniającym wpływem biedy na bliźniego. Przykład trzeba by czerpać z Kościoła pierwszych wieków, gdzie troska o potrzebujących mieszkających w obrębie danej wspólnoty należała do tamtejszego biskupa i jego wiernych. Przez cały czas swojego istnienia jednym z filarów zewnętrznej działalności Kościoła była troska o biednych, chorych, żebraków, wdowy, sieroty… Na długo zanim powstała koncepcja państwa opiekuńczego, dzięki staraniom przeróżnych zgromadzeń zakonnych i pobożnych stowarzyszeń świeckich, katolicy zdołali stworzyć sprawnie działający i zorganizowany system pomocy słabszym – sieć szkół, szpitali, przytułków, sierocińców.

Teologia wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej – między Ewangelią a marksizmem

Jednak przykład Ameryki Łacińskiej przestrzega nas, że nie wolno zredukować roli Kościoła do organizacji walczącej o sprawiedliwość społeczną (social justice), rozumianą na sposób marksistowski, a Jezusa do rewolucjonisty społecznego, gromiącego bogatych ze względu na ich bogactwo i przygarniającego biednych ze względu na ich biedę. Sprowadzałoby to Kościół do roli, wprawdzie prężnie działającego, ale jednak charytatywnego  NGO-sa, a hierarchów do zaangażowanych publicznie społeczników. Niestety podobny sposób myślenia wdarł się w teologię tamtego regionu i poskutkował narodzinami tzw. teologii wyzwolenia. Nurt ten narodził się ze względu na specyfikę problemów państw Ameryki Łacińskiej – wszechobecną biedę, ogromne nierówności, niestabilną sytuację polityczną i brak perspektyw na lepsze życie większości mieszkańców regionu. Bezwzględnie słuszne i godne pochwały współczucie i troska lokalnych duszpasterzy przerodziły się jednak w polityczną koncepcję, traktującą Ewangelię jako dodatek do ideologicznego systemu walki o sprawiedliwość społeczną. Duchowe wyzwolenie zostało zastąpione walką klas, co spowodowało, że cel Ewangelii został zredukowany do ideologicznej strategii społecznej.

Grzechem pierworodnym teologii wyzwolenia należałoby nazwać przede wszystkim nierozważny wybór marksizmu jako metodologii analizy życia społecznego. Patrząc przez taki pryzmat, nie da się już widzieć życia wspólnotowego inaczej niż jako walki ścierających się interesów, historycznego mechanizmu wykorzystywania proletariatu przez bezwzględnych kapitalistów, który nie może zostać przerwany inaczej, niż tylko przez rewolucję. W wydanej przez Kongregację Nauki Wiary w 1984 r. Instrukcji o niektórych aspektach teologii wyzwolenia (Libertatis nuntius) stwierdzono, że w refleksji teologicznej i społecznej nie powinno się kierować metodologią wypracowaną na podstawie ideologii ze swej istoty ateistycznej i totalitarnej (VII, pkt. 9). Sympatia teologów wyzwolenia do myśli marksistowskiej wynikała ze wspólnej perspektywy patrzenia na świat, perspektywy osoby ubogiej i pozbawionej szans na polepszenie swojej materialnej sytuacji, a przez to bezsilnej. Genezą było więc współczucie i empatia, jednak emocje nie zawsze są dobrym doradcą.  Takie spojrzenie na rzeczywistość, mimo szlachetnego źródła, jakim jest bez wątpienia dla Kościoła troska o słabszych, deprecjonuje równocześnie inne wartości – sprawiedliwość, szacunek dla pracowitości i zaradności ludzi bogatszych. O ile więc bogaci są zobowiązani do pomocy ubogim, których zawsze mają dookoła siebie, tak jak było to opisane w Dziejach Apostolskich:

„Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je  i przynosili pieniądze [uzyskane] ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby” (Dz 4, 34).

Kościół jednak musi odrzucić wizję wywrotowej przemiany stosunków społecznych i ekonomicznych. Ład społeczny został bowiem ustanowiony przez Boga, na Nim powinien się opierać jako źródle prawa naturalnego – na zasadach sprawiedliwości oraz godności osoby ludzkiej, które są moralnym fundamentem dla życia wspólnoty. W takim porządku własność prywatna jest chroniona, a jej naruszanie nie może być uświęcone ani usprawiedliwione w imię walki społecznej.

Wynikiem opisanej postawy stało się odejście od ortodoksji (podążania za Objawieniem, Tradycją, Magisterium) na rzecz subiektywnie rozumianej ortopraksji – realizacji wiary w działaniu na rzecz konkretnego celu – ziemskiej sprawiedliwości. Kościół miał skupić się na aktywnym wspieraniu uciśnionego Ludu Bożego i wykorzystać swój autorytet w ich obronie – na tym miała polegać jego ortopraksja, a poprzez nią ortodoksja.

Samo dążenie do wyzwolenia człowieka jest szlachetne, ale prymat powinno mieć tutaj wyzwolenie od grzechu – to jest największe zło, zagrażające ludzkiemu szczęściu wiecznemu i doczesnemu. Inne rodzaje wyzwolenia – ekonomiczne, społeczne, polityczne – wywodzą się z niego i na nim się opierają (Libertatis nuntius, wprowadzenie), natomiast teologia wyzwolenia zdaje się zapominać o tym fundamencie. Chrystus pytał: „cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16, 26). Nie wolno zapominać o pierwszym i nadrzędnym celu wyzwolenia, a więc wolności dziecka Bożego, będącej darem łaski (Libertatis nuntius, wprowadzenie). Każde wyzwolenie powinno być w ostatecznym rozrachunku wyzwoleniem do głębszego życia w łasce, dlatego wyzwolenie duchowe ma prymat nad każdym innym. Natomiast dążenie do wolności w sferze społecznej pozostaje w łączności z nim wtedy, gdy jest nakierowane na walkę ze strukturami grzechu w życiu wspólnotowym, z wyzyskiem i krzywdą powodowaną przez konstrukcje ekonomiczne i polityczne, które mają swój korzeń w nieposłuszeństwie Bogu. Zatem gdy celem nadrzędnym jest walka z duchowym złem w społeczeństwie, wtedy pośrednio, w sposób nieunikniony, osiągamy również cel pośredni – zapewnienie każdemu Bożemu dziecku życia w warunkach odpowiadających jego godności.

„Niebezpieczni wrogowie” Marksa – jak Kościół walczył o prawa pracownicze

Mamy wiele świetlanych postaci w historii Kościoła, które w wierności Ewangelii udzielały się na rzecz ubogich i poruszały kwestie społeczne w porę i nie w porę, kierując nasz wzrok przede wszystkim na nadprzyrodzony cel swojego działania. Przykładem osoby, która ustrzegła się redukcjonizmu wiary do sporu ideologicznego, był Wilhelm Emmanuel von Ketteler. Jako biskup Moguncji działał aktywnie na rzecz robotników, starając się o określenie maksymalnego dziennego czasu pracy i płacy minimalnej. Popierał tworzenie chrześcijańskich związków zawodowych. O nim pisał Marks w liście do Engelsa w 1869 r.:

„W czasie podróży przekonałem się, że musimy energicznie wystąpić, zwłaszcza w okolicach katolickich, przeciw księżom. Te psy kokietują, np. biskup Ketteler z Moguncji poprzez swoiste naświetlanie kwestii robotniczej. Księża są niebezpiecznymi wrogami naszej sprawy”.

Lekarstwem na bolączki XIX-wiecznych problemów było dla Kettelera państwo oparte o silny samorząd terytorialny i zawodowy. W ten sposób poszczególne grupy społeczne, przede wszystkim robotnicy, mogliby zbudować przeciwwagę dla centralistycznego absolutyzmu państwa i wspólnie chronić swoje interesy. Zrzeszenia zawodowe byłyby autonomiczne i oparte na chrześcijańskiej samopomocy. Godne życie i wyjście z ubóstwa zostałoby rodzinom zapewnione poprzez sprawiedliwą płacę, proporcjonalną do zdolności i pracowitości robotnika. Sprawiedliwy podział dóbr w społeczeństwie wynikałby nie z rewolucji, jak postulowali marksiści, a za nimi twórcy teologii wyzwolenia, ale z miłości bliźniego. Ta jednak nie może być narzucona siłą, zatem walkę z ubóstwem i wykluczeniem społecznym rozpocząć należy od pracy nad nawróceniem narodów.

Leon Harmel i papież Leon XIII: Chrześcijańska wizja godnej płacy

Inną postacią ważną dla kwestii robotniczej w tym okresie był Leon Harmel. Był francuskim przedsiębiorcą, właścicielem przędzalni odziedziczonej po ojcu. W swoim zakładzie dbał o dobro swoich pracowników w sposób prawdziwie chrześcijański – robotnicy wspólnie modlili się przed pracą, organizował pielgrzymki robotników i przedsiębiorców do Rzymu, dostosowywał wysokość płacy do liczby członków danej rodziny. Twierdził, że fabryka może i nawet powinna być miejscem uświęcenia człowieka. Stosował instytucję patronatu – robotnicy dzielili z nim współodpowiedzialność za niektóre obszary działania firmy; w ten sposób mógł też ich wychowywać i kształtować dojrzałość, a równocześnie wzbudzać większe zaangażowanie w dobre prowadzenie spraw przedsiębiorstwa. Co dwa tygodnie organizował zebrania rady zakładowej, która była platformą porozumienia między nim a pracownikami – omawiano tam kwestie płacy, wydajności pracy, planów przedsiębiorstwa na najbliższy okres.

Problem kwestii robotniczej i potrzebę walki z ubóstwem w tej grupie społecznej dostrzegł też papież Leon XIII. Jego pontyfikat, przełomowy dla powstania i rozwoju koncepcji katolickiej nauki społecznej, zaowocował powstaniem pierwszej encykliki poświęconej właśnie sprawom życia społecznego – Rerum novarum. Papież, już na około sto lat przed kontrowersjami związanymi z omawianą wyżej teologią wyzwolenia, stanowczo sprzeciwił się marksistowskiemu spojrzeniu na rzeczywistość i problem ubóstwa. Potępił rozwiązanie komunistyczne, postulujące zniesienie własności prywatnej jako remedium na nierówności, wskazując, że to jeszcze bardziej pogorszyłoby sytuację materialną robotników – odebrałoby im bowiem motywację do pracy na własny rachunek i do pomnażania swoich dóbr dla siebie i swojej rodziny. Właśnie hasło „rodzinnej płacy”, to znaczy takiej, która pozwalałaby na godne utrzymanie rodziny robotnika, stało się jednym z najważniejszych wskazań encykliki. Leon XIII nie pochwala bezpośredniego interwencjonizmu państwowego, jednak wskazuje, że niewątpliwie istnieją moralne granice wolnego obrotu gospodarczego; nie można czynić z niego użytku wbrew sprawiedliwości i z pokrzywdzeniem pracownika.

Nawiązując już bezpośrednio do kwestii ubóstwa, papież zapewnia, że troska o duchowe dobro Bożych dzieci nie przysłania Kościołowi ich dobra doczesnego. Moralne wychowanie człowieka również przyczynia się do poprawy jego ekonomicznej sytuacji, gdyż, po pierwsze, uczy go postępowania zgodnie z prawem Bożym, a zatem pomaga mu pozyskać Boże błogosławieństwo dla swojego trudu; po drugie, pomaga mu poskromić chciwość i pragnienie przyjemności, które nie pozwalają nam doceniać tego, co już posiadamy (Rerum novarum, 28).

Kościół rzeczywiście jest zakorzeniony w Chrystusie; jego misją i pierwszym prawem jest przede wszystkim zbawienie dusz. Nie oznacza to jednak, że problem ubóstwa wykracza poza zakres jego działania. Wręcz przeciwnie! Każdy chrześcijanin powinien czuć się w obowiązku przyczyniać się do poprawy losu swoich bliźnich na miarę swoich możliwości, inspirując się chociażby postaciami biskupa Kettelera, Leona Harmela czy też nauczaniem Leona XIII.

Tekst dofinansowany ze środków Korpusu Solidarności – Rządowego Programu Wspierania i Rozwoju Wolontariatu Systematycznego na lata 2018-2030.

Tagi:
Anna Tarnacka
Anna TarnackaStudentka prawa na Uniwersytecie Warszawskim, pasjonatka wszystkiego co iberyjskie (zatem również portugalskie). Próbuje dowiedzieć się o świecie wszystkiego, co przybliży ją do Prawdy. Zakochana w Tradycji katolickiej i historii Kościoła, chociaż ta nie zawsze była prosta.