W amerykańskim społeczeństwie początku XIX wieku na wielu polach zauważalne były tarcia między obyczajem Starego Świata a obietnicą świeżości Nowego, między tym, co republikańskie a tym, co konserwatywne. Instytucja małżeństwa nie była od tego wolna, chociaż Europejczycy, którzy odwiedzili Stany Zjednoczone w tym okresie, nie byli zgodni co do jej oceny. Relacje czworga z nich – Alexisa de Tocqueville’a, Frances Trollope, Fanny Wright i Harriet Martineau – ukazują, jak postrzegali rolę kobiety, a także społeczne i kulturowe czynniki kształtujące związki w Nowym Świecie.
Alexis de Tocqueville
Podróż Tocqueville’a, francuskiego potomka arystokracji i prawnika, do Nowej Anglii (północno-wschodni obszar USA) w latach 1831-1832 odbyła się w klimacie lekkiej defraudacji publicznych środków – oficjalnie płynął przez ocean, aby obserwować system penitencjarny ze swoim przyjacielem i kolegą po prawniczym fachu, Gustawem de Beaumont. Zadanie to w liście nazwał „jedynie pretekstem, ale bardzo honorowym pretekstem” dla swojego prawdziwego celu: kompleksowych obserwacji nowonarodzonego narodu, z całym jego systemem politycznym i społecznym. Podróż ta zaowocowała co prawda raportem o pojedynczych celach i ich użyteczności dla resocjalizacji, ważniejsze było jednak dwutomowe opus magnum tego francuskiego pisarza i polityka: Demokracja w Ameryce.
Gdy omawiał życie kulturalne Amerykanów, zauważył, że sztuka teatralna nie została wśród nich spopularyzowana. Znalazł na to dość proste wyjaśnienie: „trudno o dramatyczne tematy w kraju, który nie zaznał wielkich katastrof politycznych i w którym miłość prostą i łatwą drogą wiedzie zawsze do małżeństwa…”. A jednak, pisze dalej, „w Ameryce zawarcie związku małżeńskiego raz na zawsze kładzie kres niezależności kobiety”, chociaż z drugiej strony „Amerykanka nigdy nie popada w więzy małżeńskie jak w sidła zastawione na jej nieświadomość i niewinność”, ponieważ usankcjonowany związek to bezpieczeństwo i stabilność. Co więcej, skoro małżeństwo jest nieuniknionym jarzmem dla kobiety, to te w Ameryce miały chociaż możliwość wyboru partnera, z którym dzielić będą kajdany, co sprawia, że brakowało małżeństw przedwczesnych, a oba ich „składniki” wkraczały w nie z umysłem „doświadczonym i dojrzałym”.
Jednocześnie poddaństwo wobec mężczyzny nie odbywa się na wzór europejskiego patriarchalizmu, chociaż dla Amerykanów było oczywiste. Instytucja małżeństwa, zauważa francuski autor, przesiąknęła w Ameryce republikańskim i kapitalistycznym obyczajem jasnego określenia umowy, jej warunków i gwarancji. Kobieta i mężczyzna świadomi są, jakie mają wobec siebie obowiązki, a to co ich łączy, to autentyczne przekonanie, że oto ze sobą chcą spędzić resztę życia. Dla porównania, wskazuje Tocqueville, w „krajach arystokratycznych celem małżeństwa jest raczej połączenie dóbr niż osób”, przez co poszukiwanie romansu i miłosnej przygody staje się naturalnym odruchem obojga (zresztą, poniekąd tolerowanym, a nawet normalizowanym w niektórych społecznościach).
Podobnie, mimo że kobieta (tak samo jak dzieci) winna była posłuszeństwo mężczyźnie, to miało to wynikać z zupełnie innych przesłanek. Alexis zauważył, że wręczenie nimbu pierwszeństwa odbywało się w amerykańskich rodzinach jakby każdorazowo i oddolnie; tak jak republika wymaga jednak głowy-prezydenta, tak rodzina o republikańskich przekonaniach potrzebuje swojej głowy, a skoro jasnym było wówczas, że władza należy się mężczyznom, to zostawał nią mąż (pamiętajmy, że prawa wyborcze kobiety na poziomie federalnym w USA otrzymały 90 lat po podróży Tocqueville’a i 60 lat po tym, jak otrzymali je Afroamerykanie). W zamian, podobnie jak prezydent raczej służy niż rządzi, tak mąż i ojciec raczej dbają, niż tyranizują swoich bliskich.
Małżeństwo amerykańskie zatem zasadzało się, zdaniem francuskiego obserwatora, na odzwierciedleniu duszy całego narodu: liberalnego w prawach i surowego w ich przestrzeganiu, demokratycznego w decydowaniu i despotycznego w egzekwowaniu. Dziewczyna wpierw stawała się kobietą, zanim przybierała rolę żony; mężczyzna zaś musiał udowodnić, że zasługuje, by uczynić go głową nowopowstającej i podstawowej komórki społeczeństwa. Co więcej, szokującym dla niejednego europejskiego czytelnika tamtych czasów mogło być, że amerykańskie związki wynikały z autentycznej miłości dojrzale się kochającej pary, a nie rozsądku mierzonego morgami ziemi lub potencjalnym sojuszem rodów.
Frances Trollope
Protestancka mieszczanka, córka pastora, zawzięta antykatoliczka Trollope wyruszyła do Ameryki w roku 1827, by szukać z rodziną szczęścia w utopijnej społeczności, która szybko okazała się dla niej nieatrakcyjna. Na początku 1829 roku powróciła z północy USA do Anglii, całkowicie zniesmaczona kulturą amerykańską i odepchnięta od ideałów republikańskich. Swoje wrażenia opisała w Domestic Manners of the Americans, w którym zawarła również wnioski nt. małżeństwa w USA.
„Jeśli warunki [amerykańskiego – K.K.] robotnika nie są lepsze od warunków angielskiego chłopa, to sytuacja jego żony i córek jest nieporównanie gorsza. To one są prawdziwymi niewolnicami ziemi” pisała z żalem. Kompletnie inaczej niż Tocqueville zauważyła, że Amerykanki „wychodzą za mąż bardzo młodo; w żadnej warstwie społecznej nie spotyka się młodych kobiet w tym zachwycającym okresie życia między dzieciństwem a małżeństwem, okresie, w którym – jeśli tylko zostanie choć w miarę dobrze wykorzystany – zdobywa się tak wiele pożytecznej wiedzy, a charakter nabiera dostatecznej stałości, by z godnością podołać ważniejszym obowiązkom żony i matki”. Cóż za odmiana od francuskich pochwał dojrzałości małżeństwa!
Co więcej, Trollope uważała, że generalnie mało jest przestrzeni, w której młodzi mogą się bliżej poznawać. „Z wyjątkiem tańców, które prawie całkowicie ograniczają się do osób stanu wolnego obu płci, wszystkie rozrywki mężczyzn odbywają się pod nieobecność kobiet. Ucztują, grają w karty, uczestniczą w spotkaniach muzycznych, spotykają się na kolacjach – wszystko to w dużych zgromadzeniach, lecz zawsze bez kobiet”. W czasie gdy panowie po pracy oddają się zabawie, kobiety pozostają w domu i poddają się „podłym obowiązkom domowej harówki”, nawet w stanach niewolniczych.
A jednak potrafiła znaleźć taki moment, w którym na spotkania towarzyskie przychodzą zarówno panie, jak i panowie. Wówczas mogła oglądać prawdziwe tańce godowe cywilizacji XIX wieku: „Mężczyźni nie oddają się wtedy luksusowi żucia tytoniu czy nawet plucia na dywan, a kobiety starają się, by być zdolnymi do zajmowania wyższej roli niż ta, która sprowadza się do niestrudzonych podawaczek herbaty”. Amerykanie chcieli imponować kobietom dobrymi manierami, podczas gdy Amerykanki przekonywały do siebie mężczyzn przez intelektualną atrakcyjność. Nawet nowoorleańskie szelmy, zajmujące się oszukańczym ogrywaniem pasażerów na parowcach, miały swoje granice zepsucia, bo chociaż „nie mają skrupułów, by żuć tytoń i nieustannie spluwać (Trollope tego chyba naprawdę nie lubiła) w obecności kobiet, to jednak zazwyczaj wolą pić i grać pod ich nieobecność”. Na ogół jednak obie płcie skazane są w USA jej zdaniem, pod karą społecznego ostracyzmu, na ograniczenie swoich kontaktów.
Amerykankom, zdaniem Trollope, niestety pozostawało jednak dominować raczej w sferze religijnej niż jakiejkolwiek innej, o politycznej nawet nie wspominając. Jeśli mężczyźni swoją codzienną pracą mieli nadzieję przyczyniać się do polepszenia stanu Unii, która w zamian miała obdzielać błogosławieństwami ich i ich małe ojczyzny, to kobiety swoje wysiłki na rzecz „większego dobra” skupiały na lokalnej parafii. To one dbały o dobrostan kościołów, to one najliczniej uczęszczały na nabożeństwa, to one najgorliwiej wsłuchiwały się w kazania – nie tylko te płomienne mowy kaznodziejów Wielkiego Przebudzenia, ale również konserwatywne słowa katolickich księży w Waszyngtonie. „Z pewnością nawet Żydzi nie mogliby przewyższyć [amerykańskiego społeczeństwa – K.K.] w swoich praktykach na pokaz. A jednak, co panowie z Filadelfii robią w niedzielę, nie będę się domyślała, lecz niezwykle uderzający jest ogromny odsetek kobiet w kościołach” – zanotowała.
Frances “Fanny” Wright
Ta radykalna feministka, antyklerykałka, abolicjonistka, pisarka i reformatorka, bez wątpienia jedna z najważniejszych kobiet XIX wieku (chociaż nieco chyba współcześnie zapomniana) wyjechała po raz pierwszy ze Szkocji do USA w 1818 roku na dwa lata, które podsumowała w pozycji Views of Society and Manners in America, nad którą pochylę się w tych rozważaniach. W 1824 roku wróciła do USA w towarzystwie markiza de Lafayette, swojego przyjaciela i przez chwilę kandydata na adoptującego ojca, zdobyła amerykańskie obywatelstwo i zajęła się działalnością społeczno-polityczną (w tym nawet założyła tzw. Komunę Nashoba, która miała promować egalitaryzm, wolną miłość i emancypację niewolników, mających docelowo kolonizować Haiti i Liberię – projekt ten upadł w 1828 r. zrzeszając nie więcej niż 20 osób, ale zdążyła mu się przyjrzeć wspomniana Trollope).
Również ona nie podzieliła poglądu Tocqueville’a o późnych małżeństwach. „Amerykańska młodzież obojga płci w większości zawiera małżeństwa przed ukończeniem dwudziestego drugiego roku życia, i nie jest rzadkością widzieć osiemnastoletnią dziewczynę jako żonę i matkę” – zauważyła. Nie widziała jednak problemu w braku doświadczenia i wiedzy na temat świata młodych małżonków, ponieważ jej zdaniem o ile w Starym Świecie edukacja kończy się w momencie ukończenia szkoły, to w Ameryce jest ona nieskończonym procesem trwającym całe życie. Determinować to miała natura systemu amerykańskiego, który wymagał od obywateli ciągłego „studiowania instytucji narodowych i badania nie tylko działań, lecz i zasad rządu”, czyniąc z Amerykanów poniekąd politykami i filozofami. „Cudowny postęp, jaki naród ten uczynił nie tylko w bogactwie i sile, lecz także w rozwoju umysłowym w ciągu ostatnich dwudziestu lat, może być jeszcze podwójnie przyspieszony, gdy edukacja kobiet stanie się sprawą narodową w takim samym stopniu jak edukacja mężczyzn” – dodawała.
Fanny nie zgadzała się z Trollope, jeśli chodziło o przedmałżeńskie stosunki damsko-męskie. Jej diagnoza, zgodnie z którą „młodzież obojga płci cieszy się tu [w Ameryce – K.K.] swobodą kontaktów nieznaną w starszych i bardziej formalnych narodach Europy. Razem tańczą, śpiewają i spacerują w blasku słońca i księżyca, bez obawy jakiejkolwiek niestosowności. W tym obfitym kraju małżeństwa rzadko budzą lęk jako nierozsądne, i dlatego nie przykłada się wagi do zapobiegania wczesnym zaręczynom” jest diametralnie inna od purytańskiej perspektywy Frances Trollope.
Fanny podzielała natomiast obserwacje Tocqueville’a o tym, że małżeństwa Amerykanów nie zasadzały się na tym, co już mieli (stąd niska ranga posagu kobiety czy majątku mężczyzny przy zaręczynach), ale na tym, co posiąść mogli. I nie chodziło tyle o sprawy materialne, co o niesamowitą i w pewnym sensie magiczną rzecz – szczęście. Szczęście, którego poszukiwanie zostało określone jako filar amerykańskiej duszy w Deklaracji Niepodległości. Stąd, nawet jeśli małżeństwo nie było zbyt majętne, ale się kochało, to mogło przecież liczyć na wspólny rozwój, w którym ona dbałaby o domowe ognisko, a on poszukiwałby zysku jako handlarz, robotnik, kupiec czy lekarz. Nie chodziło więc młodym zakochanym o życie w luksusie, co o życie wspólnie, a wspólnota ta wygładzać miała wszelkie niedogodności. Ostatecznie, gdyby groza ubóstwa zapukała w drzwi, mieli oni „przed sobą rozległe przestrzenie hojnej natury” i mogli „wyruszyć wraz z dziećmi swojej miłości na poszukiwanie skarbów w dziczy!”.
Jest również inny rodzaj małżeństwa w Ameryce, dodawała Fanny, który wymagał już od mężczyzny pewnego zaplecza finansowego lub zawodowego. Gdy z jakiegoś powodu Amerykanin w wieku trzydziestu i więcej lat nie miał żony (często będąc wdowcem), mógł wciąż zalecać się młodym kobietom jako gwarant dostatku i stabilności. Musiał w tym celu jednak już mieć pewną „ofertę”, która zapewniłaby młodą kobietę i jej rodzinę o powadze zamiarów i wynagradzałaby utratę lat wspólnego uczenia się świata. Jeśli nawet mężczyzna nie mógł zapewnić utrzymania rodziny, ale rokował dobrze jako rozwijający się prawnik lub lekarz (albo po prostu porządny człowiek), to wówczas z pomocą przyjść mógł posag. Wright widziała różne małżeństwa w Ameryce, ale nie spotkała najwyraźniej człowieka, któremu brak szczęścia lub akceptacji nie pozwolił na zawarcie związku.
Harriet Martineau
Pochodząca z rodziny francuskich kalwinów, którzy emigrowali do Anglii, pisarka i społeczniczka Martineau odwiedziła Stany Zjednoczone, w latach 1834-1836, podsumowując swoje obserwacje tamtejszego społeczeństwa (Wschodniego Wybrzeża) w trzytomowym Society in America. Jako abolicjonistka i feministka zwróciła w nim uwagę głównie na te problemy społeczne, ale w naturalny dla holistycznych dzieł sposób zawarła również wnioski co do amerykańskiego modelu małżeństwa.
„Nie ma dla kobiety nic poza małżeństwem” powiada Harriet, konstatując, że pod tym względem Ameryka niewiele różni się od Anglii: „cała treść i istota edukacji kobiet w Ameryce, podobnie jak w Anglii, polega na wychowywaniu ich do traktowania małżeństwa jako jedynego celu w życiu i udawaniu, że nie myślą inaczej”. Kobiety pozbawione były jej zdaniem dostępu do szerszej edukacji przez społeczeństwo, które uznawało, że skoro kobiety nie mają związku z polityką, to powinny rozwijać się nie tyle intelektualnie, co praktycznie i religijnie (podobnie jak Trollope, zauważała że wśród Amerykanów to kobiety są o wiele bardziej zaangażowane w religię, która „jest ich całą życiową postawą”).
A jednak „jeśli istnieje jakiś kraj na ziemi, w którym można by oczekiwać, że droga prawdziwej miłości potoczy się gładko, to są nim Stany Zjednoczone”. Przyczyn tego stanu rzeczy podaje kilka: młode małżeństwo jest społecznie akceptowane, bogactwo kraju pozwala nie martwić się o dobrostan, nie istnieją bariery klasowe, rodowe i pojęcie „mezaliansu”. I chociaż małżeństwo „wciąż podlega trudnościom wynikającym z nierówności stron w intelekcie i [dostępie do – K.K.] pracy” to problem ten łagodzą kolejno: powszechność wynikająca z dobrobytu, bezpieczeństwo gwarantowane przez łatwy dostęp do rozwodów, który „zniechęca do zdrady i innych niegodziwości”, szczęśliwość powodowana obopólną zgodą i spokój pochodzący z bardziej niż w Anglii wspólnego zarządzania majątkiem.
Martineau dostrzega korzyść płynącą z młodego małżeństwa. W Starym Świecie, jak uważa, pierwszą myślą mężczyzny było zapewnienie utrzymania rodziny, zanim myślało się o małżeństwie. Gdy więc mężczyzna był gotowy się żenić, miał już wypracowany styl życia, a potencjalna żona pasować musiała do niego – i to było główne kryterium (notabene odzwierciedla to ponad sto lat później C. S. Lewis w Czterech Miłościach, pisząc że małżeństwo nie potrzebuje miłości, by trwać, a raczej stabilności – ale to inny temat). W Ameryce natomiast młode pary biorą ślub, gdy oboje jeszcze odkrywają świat, dzięki czemu charakter małżeństwa kształtowany jest w bardziej równy i wspólny sposób.
Małżeństwo jako odbicie duszy narodu
Europejczycy podróżujący do Ameryki w latach 20. i 30. XIX wieku doświadczali zadziwienia pod każdym niemal kątem, zachwyceni lub obrzydzeni odmiennością młodej Republiki. Małżeństwo amerykańskie jawiło im się jako odmienne w znacznej mierze wobec tego, które obserwować mogli w Europie; było odbiciem nowej rzeczywistości, rodzącej się za Atlantykiem. Zdaje się, że najbardziej uderzała ich ta abstrakcyjna i niemierzalna wartość „szczęścia”, i nawet jeśli Tocqueville kompletnie inaczej widział sprawę młodego i dojrzałego wieku w momencie zaślubin, to dzielił ze swoimi angielskimi koleżankami po fachu przekonanie, że Amerykanie wchodząc w związek małżeński dopełniają autentycznej i emocjonalnej historii swojej relacji.
Kwestie rodowe i majątkowe, gdy dotyczyło to związku, były dla Amerykanów drugorzędne (ależ to zdanie zaskoczyłoby Edith Wharton, autorkę Wieku Niewinności). Liczyło się, czy mężczyzna i kobieta się kochali i chcieli spędzić ze sobą resztę życia, a reszta gładzona miała być przeróżnymi okolicznościami, tak systemowymi, społecznymi, religijnymi, jak i ekonomicznymi. Energiczność, zaangażowanie i poszukiwanie lepszego losu przy błogosławieństwie Opatrzności, które charakteryzowały młody naród amerykański, udzielał się najwyraźniej również tej sferze życia. Nawet taki detal jak odrzucenie primogenitury (zasady dziedziczenia, zgodnie z którą domyślnie cały spadek przypadał najstarszemu synowi), co stanowiło świadome zerwanie z prawem angielskim i było wprowadzane na poziomie stanowym, wpływał na jakość małżeństwa. Uznanie tej zasady za „trącącą arystokracją” sprawiało, że wdowa nie musiała martwić się o swój los w takim stopniu, jak w Europie. Rynek matrymonialny był dla wdów i wdowców jak najbardziej otwarty, ośmielając wszystkich, którzy w Europie mogliby obawiać się o skandal.
Podsumowując: Alexis de Tocqueville widział w amerykańskim małżeństwie odbicie ducha republikańskiego, kontrakt świadomie zawarty, stabilny i nacechowany dojrzałą miłością, jednocześnie wpisany w naturalną hierarchię płci. Frances Trollope przeciwnie, dostrzegała w nim opresję, brak równowagi i przedwczesne małżeństwa kobiet, a także ograniczone możliwości kontaktów damsko-męskich. Fanny Wright akcentowała wolność młodzieży w relacjach, wczesne, ale szczęśliwe i oparte na wspólnym rozwoju związki oraz szczególną rolę, jaką odgrywało poszukiwanie szczęścia. Harriet Martineau wskazywała na brak alternatywy dla kobiet poza małżeństwem, ale jednocześnie dostrzegała, że w Stanach warunki do budowania partnerskich relacji są lepsze niż w Europie – brak barier klasowych, większa akceptacja dla młodych związków, łatwiejszy rozwód i wspólne kształtowanie życia.
