Edmund Wnuk-Lipiński: Polityka i metapolityka

Kiedy mówimy o polityce lub kiedy wyrażamy bezpośrednio swoje preferencje polityczne, najczęściej czynimy to w przekonaniu, że my postępujemy słusznie, zaś nasi oponenci – niesłusznie. Ten odmienny od naszego punkt widzenia możemy traktować na dwa różne sposoby – pisał Edmund Wnuk-Lipiński na łamach „Azymutu”.

Po pierwsze, możemy zakładać, że niektórzy z naszych oponentów po prostu nie wiedzą, co jest słuszne, a zatem nie podzielają naszych poglądów czy postaw niejako z naiwności, ignorancji lub braku dostatecznej wiedzy. W takim przypadku traktujemy ich na ogół z większą wyrozumiałością i staramy się przekonać ich do naszych racji. Po drugie, możemy sądzić, iż nasi oponenci nie opowiadają się za tym, co słuszne, ze złej woli, słowem, że znają oni wszystkie argumenty przemawiające za naszym stanowiskiem, ale je odrzucają mala fide. Nie można ich więc traktować jako „zbłąkanych owieczek”, lecz jako przeciwników, a nawet wrogów. Silne poczucie słuszności własnych preferencji politycznych pozwala utrzymywać je nawet wówczas, gdy związane z nimi działania naruszają nasze interesy (np. ekonomiczne) lub nawet bezpieczeństwo (np. stawanie w obronie Ojczyzny). Tak wyostrzone poczucie  i słuszności własnego stanowiska zdarza się jednak w sytuacjach wyjątkowych: gdy zagrożone jest bezpieczeństwo zbiorowości lub gdy kwestię, wobec której formułują się nasze postawy lub nawet zachowania (np. kwestię aborcji), postrzegamy przez pryzmat szczególnie istotnych dla nas wartości.

Tak dzieje się jednak w warunkach nadzwyczajnych. W warunkach życia codziennego znaczna (być może nawet większa) część indywidualnych i zbiorowych postaw oraz zachowań politycznych wynika z pragmatycznej gry społecznej, a ściślej – z pragmatycznego dążenia do celu, który uznaje się za „słuszny”.

W owej sferze pragmatyzmu mamy do czynienia z takimi zjawiskami, jak kompromis polityczny, sojusze taktyczne między niedawnymi oponentami, spektakularne i nie zawsze zrozumiałe dla opinii publicznej rozłamy, pojednania, zmiany barw i „zdania oddzielne”. Wszystkie te barwne zachowania wymuszane są przez reguły gry politycznej w pluralistycznym społeczeństwie otwartym, zorganizowanym według zasad demokratycznych. Sfera pragmatyzmu nie jest jednak wolna od – z jednej strony – kontekstu aksjologicznego (czyli oceny tego, co się robi);  a z drugiej – jest to sfera od dozwolonych i niedozwolonych sposobów działania (czyli oceny tego, jak się to robi). Sfera ta bowiem jest kształtowana przez to, co socjologowie określają zasobem „sensów zbiorowych”, czyli obszar, który jest poza czy ponad polityką. Dlatego zwykło się nazywać ten obszar „metapolityką”.

Żeby zrozumieć pojęcie metapolityki, trzeba najpierw określić, czym jest polityka. Różne są definicje tego terminu. Od określenia, że polityka to dążenie do maksymalizacji władzy, poprzez rozumienie polityki jako sfery uzgadniania sprzecznych interesów, aż do definiowania jej jako obszaru ustalania pewnych priorytetowych celów działania, które zakłada partycypację szerszych zbiorowości ludzkich; zarazem skutki realizacji tych celów wpływają na życie codzienne owych zbiorowości niezależnie od tego, czy partycypacja taka miała miejsce czy też nie.

Jakkolwiek definiowalibyśmy politykę, jeden element pozostaje wspólny, a mianowicie bezpośrednie lub pośrednie przekonanie uczestników tej gry, że postępują słusznie. Owo przekonanie o słuszności dotyczyć może jedynie celów, które zamierza się osiągnąć, ale może także obejmować całokształt działań politycznych, a więc nie tylko cele, lecz i dobór środków do nich prowadzących. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z powszechnie znaną zasadą, że „cel uświęca środki”. W tym przypadku „poczucie słuszności” dotyczy jedynie końcowego efektu działań, zaś drogi do niego prowadzące są wyłączone spod moralnej oceny. Mogą być one niegodziwe, bowiem silne przekonanie o moralnej słuszności celu jakby tę niegodziwość usprawiedliwia, minimalizuje, a w końcu i neutralizuje.

W drugim z zarysowanych tutaj przypadków, w którym nie tylko cele końcowe, lecz także środki prowadzące do ich osiągnięcia podlegają pospołu tym samym kryteriom oceny moralnej, mamy do czynienia z całkowicie odmienną sytuacją. Nawet „najsłuszniejsze” cele, jeśli nie mogą być zrealizowane za pomocą „słusznych” środków, są odrzucane jako niegodziwe.

Nakreślony tutaj schemat ma naturalnie w realnym życiu wiele odcieni. Skrajna postawa pierwszego typu może być określona mianem cynicznego pragmatyzmu, zaś skrajną postawę typu drugiego można określić jako fanatyczny fundamentalizm. W realnym życiu politycznym mamy do czynienia z postawami i zachowaniami, które mieszczą się gdzieś pomiędzy tymi ekstremalnymi punktami. Ale nawet cyniczni pragmatycy nie są całkowicie wolni od etycznego napięcia, choćby przez fakt wyboru „słusznych” celów ich dążeń politycznych. Podobnie fanatyczni fundamentaliści nie są całkowicie wolni od pragmatyzmu, czyli kompromisu pomiędzy sferą ostro zarysowanych przekonań a realiami życia społecznego i politycznego. Zarówno bowiem jedni, jak i drudzy podlegają sensom zbiorowym, mieszczącym się w obszarze metapolitycznym.

Metapolityka definiowana może być na wiele różnych sposobów

Najogólniej mówiąc, jest to pewien zespół czynników ponadpolitycznych, które jednak wpływają (często w sposób mało zauważalny, ale jednak istotny) na kształt samego przebiegu procesu politycznego. Dla potrzeb niniejszych rozważań określę metapolitykę jako pewien względnie stały syndrom przedzałożeń (uświadamiany lub nie), z którym człowiek lub grupa ludzi przystępuje do działań politycznych, lub choćby tylko przejawia polityczne postawy. Jak już wspomniałem wcześniej, wspólnym mianownikiem tych przedzałożeń jest przeświadczenie, iż dokonywane wybory (definiowanie celów, środków do nich prowadzących, sojuszników, wrogów, popieranie jednych, odmawianie poparcia innym etc.) są „słuszne”, a droga do nich prowadząca wyznaczona jest przez względnie stabilne i powszechnie akceptowane reguły.

Upadek komunizmu doprowadził wiele grup społecznych do normatywnej dezorientacji. Dotychczas ustalone, a w znacznej mierze także zrutynizowane sposoby oglądu spraw z punktu widzenia ich „słuszności” bądź „niesłuszności” legły w gruzach, podobnie jak indywidualne i grupowe strategie osiągania celów. Podstawowym bowiem punktem odniesienia formułującym te przekonania był system, który właśnie runął.

Liberalna demokracja oraz gospodarka rynkowa była nowym doświadczeniem nie tylko dla zdecydowanej większości Polaków, ale także dla instytucji, które przetrwały tę radykalną zmianę. I instytucje i ludzie pospołu musieli uczyć się funkcjonowania w nowej sytuacji, ale zarazem – świadomie lub nieświadomie (poprzez codzienne funkcjonowanie, często bezrefleksyjne) – wpływały na kształtowanie się sfery metapolitycznej. Był to więc proces „uczenia się w działaniu”, który w istotnej mierze – zwłaszcza na poziomie mikrostrukturalnym i na poziomie instytucji pośredniczących między państwem a żywiołem gospodarstw domowych – odbywał się metodą „prób i błędów”. W rezultacie powstawała mieszanina imitacji rozwiązań zachodnich z silnymi lokalnymi modyfikacjami, wynikającymi z dawnych przyzwyczajeń i utartych, praktycznych kolein życia.

W tym szczególnym okresie wcale niemała część naszego społeczeństwa skłonna była uważać nagle odzyskaną demokrację za wolność bez reguł, czyli nie tylko wolność definiowania tego, co słuszne („słusznie się należy”), ale także swobodę doboru środków prowadzących do osiągnięcia celu określonego jako słuszny. Rozprzestrzenianiu się takiej postawy, zwłaszcza w podkulturach młodzieżowych i wśród grup pracowniczych, których interesom zagrażały reguły rynkowe, sprzyjał fakt, iż instytucje państwa dość słabo egzekwowały przestrzeganie nowych reguł, a w obrębie opinii publicznej toczył się spór na temat tego, co w nowej sytuacji jest „generalnie słuszne”, a co „generalnie słuszne” nie jest, czyli, innymi słowy, toczył się spór o normatywne fundamenty tworzącego się właśnie ładu społecznego. Ten spór zresztą nie został zakończony do dzisiaj, choć jego temperatura znacznie spadła w związku z faktem, że jednak duża część sfery metapolitycznej już się ukształtowała.

Wszystkie te procesy nie ominęły oczywiście Kościoła. W okresie komunizmu Kościół działał w warunkach wrogiego otoczenia instytucjonalnego, kontrolowanego niemal całkowicie przez komunistyczne państwo. Liberalna demokracja niejako automatycznie usunęła te ograniczenia, ale zarazem wprowadziła swobody ekspresji i zrzeszania się, które doprowadziły Kościół do przedefiniowania swojego miejsca i sposobu działania w nowych warunkach społecznych i politycznych. To prawda, że pastoralna funkcja Kościoła pozostała niezmienna, ale poza tą funkcją Kościół jako instytucja ma także swój wymiar świecki, podlegający tym samym prawom, które kształtują oblicze i sposób funkcjonowania innych świeckich instytucji społecznych. Przedefiniowanie swojej roli z „oblężonej twierdzy” w instytucję działającą w sferze publicznej, w której otworzyła się przestrzeń dla działania innych, niekiedy konkurencyjnych, a nawet wrogich organizacji i zrzeszeń, wymagało czasu, ale proces ten – w swej zasadniczej części – dokonał się.

Wolna przestrzeń kształtowania się poglądów i idei, czy krócej – wolny rynek idei, stawia w jednym rzędzie zmitologizowany ogląd świata i jego stereotypizację (niekiedy w bardzo dziwacznych i irytujących formach) z ideologiami głównego nurtu (liberalne, socjaldemokratyczne, konserwatywne, narodowe czy wreszcie społeczna nauka Kościoła). Odporność jednostek i grup na myślenie utopijne i stereotypowe jest silnie uzależniona od kompetencji poznawczych, które z kolei wiążą się z poziomem uzyskanego wykształcenia. Jeśli uświadomimy sobie powszechnie znany fakt, iż zaledwie 7 proc. populacji posiada wyższe wykształcenie, to możemy sformułować wniosek, iż odporność ta nie jest wielka. Nic tedy dziwnego, że sfera metapolityczna nie obejmuje swym oddziaływaniem całego obszaru życia publicznego, chyba że zgodzimy się na pewne rozróżnienie dwóch aspektów lub nurtów metapolitycznych: tego, który zdołał zakorzenić się w instytucjach demokratycznych, lub szerzej – w instytucjach społeczeństwa obywatelskiego i instytucjach państwowych, oraz tego, który funkcjonuje w obrębie żywiołu gospodarstw domowych (których członkowie charakteryzują się niższymi kompetencjami poznawczymi), na poziomie życia codziennego i jego słabej instytucjonalizacji bądź nawet jej braku. Ilustracją istnienia tych dwóch aspektów metapolityki może być porównanie postaw i zachowań „ludzi instytucji” (np. członków samorządu lokalnego) i „ludzi z ulicy” (np. pasażerów autobusu wymieniających uwagi na temat polityki lub bohaterów dowolnego reportażu Elżbiety Jaworowicz). Bywa zresztą, że są to ci sami ludzie, ale w różnych rolach społecznych.

Powstaje na koniec pytanie, czy ktoś włada sferą metapolityki?

Innymi słowy, czy ktoś z jednej strony definiuje to, co „słuszne” w życiu publicznym, a z drugiej strony – narzuca reguły gry, według których funkcjonuje dynamika życia publicznego. Definiowanie tego, co „słuszne”, jest w istocie nadawaniem sensu temu, co się dzieje w sferze publicznej. Aktorów proponujących różne sensy tych samych wydarzeń publicznych jest sporo, choć odznaczają się oni niejednakowym wpływem. Największe oddziaływanie na tę sferę metapolityki, która zakorzeniona jest w instytucjach, mają oczywiście liderzy owych instytucji. Z kolei na tę sferę metapolityki, która funkcjonuje w sposób żywiołowy i niezinstytucjonalizowany w niższych warstwach społecznych, największy wpływ zdaje się mieć bezpośrednia norma grupowa, która tworzy się w kręgu rodzinnym, przyjacielskim lub nieformalnym kręgu w miejscu pracy lub nauki.

Nikt nie włada sferą metapolityki w „twardym” sensie, tzn. nikt – w warunkach demokracji liberalnej – nie jest w stanie zmonopolizować zasobu sensów zbiorowych i nikt nie jest w stanie nadać temu zasobowi jednego kształtu i treści. Metapolityka jest więc obszarem po części współpracujących, ale w większej mierze konkurujących ze sobą ośrodków formowania sensów zbiorowych. Wymienić tu należy: media, klasę polityczną (wewnętrznie silnie zróżnicowaną), Kościół, organizacje pozarządowe, ale także nieformalne małe grupy społeczne, przez filtr których przechodzą wszelkie próby instytucjonalnego formowania sensów zbiorowych.

 

Esej został pierwotnie opublikowany w „Azymucie” – redagowanym przez Instytut Tertio Millennio od kwietnia 1998 do maja 2003 roku comiesięcznym dodatku religijno-społecznym do „Gościa Niedzielnego”

Tagi:
Edmund Wnuk-Lipiński
Edmund Wnuk-LipińskiBył wybitnym polskim socjologiem, politologiem i pisarzem science-fiction (w tym trylogii "Apostezjon"). Napisał również dla "Azymutu" wydawanego przez Tertio. Zmarł 4 stycznia 2015 roku w Warszawie.