Maciej Zięba OP: Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie, czyli ideologia kontra zdrowy rozsądek

Śmierć Sokratesa – Jacques-Louis David, Wikimedia Commons

Narastające napięcia polityczne, społeczne i religijne pokazują, że fanatyzm i ideologiczne uproszczenia nie są wcale reliktami przeszłości. Wydarzenia ostatnich lat pokazują, jak kruche potrafią być fundamenty demokracji, szczególnie gdy trafia ona w ręce ludzi nieuczciwych lub jej wrogich. W tym ujęciu, mimo upływu czasu, wciąż aktualnie brzmi przestroga Macieja Zięby OP: demokracja nie jest politycznym perpetuum mobile – wymaga myślenia, odpowiedzialności i odporności na czarno-białe schematy, które mogą prowadzić nie tylko do utraty wolności, ale i do ośmieszenia samej idei, którą próbują bronić.

„W ciągu dwudziestu wieków chrześcijanie nie tylko nie zbudowali »cywilizacji miłości«, lecz stworzyli jej zaprzeczenie: cywilizację nietolerancji, prześladowań religijnych, krucjat, płonących stosów”.

Liczebnik dwadzieścia użyty w powyższym tekście eliminuje możliwość, by słowa te spłynęły spod pióra Fryderyka Engelsa, gdyż ten napisałby „w ciągu dziewiętnastu wieków…”. Może więc autorem zacytowanych powyżej słów jest żyjący później przywódca postępowej, ateistycznej ludzkości Włodzimierz Ilicz Lenin lub liberalny antyklerykał sir Bertrand Russell? Owszem, treść tego zdania całkiem pasuje do sposobu myślenia obu panów, lecz cytowany tekst powstał znacznie później.

Czy nie jest to zatem fragment z „Notatnika lektora” PZPR albo wstępniak z organu TKKŚ – „Argumentów”?

Także nie, słowa te napisano już po epoce PRL. Przeczytałem je całkiem niedawno.

Nie będę dłużej dręczył Czytelnika. Rzeczywiście, niełatwo odgadnąć, że owo odwołanie się do 20 wieków chrześcijańskiej cywilizacji płonących stosów to fragment komentarza Jerzego Bokłażca, opublikowanego 24 VII tego roku na łamach „Rzeczpospolitej”. A to dopiero początek. Bez porównania trudniejsze do odczytania jest to, czego ów komentarz dotyczy. Jest to bowiem refleksja, sprowokowana papieskim wystąpieniem w Sejmie podczas ostatniej pielgrzymki do Ojczyzny!

Nie powinniśmy się dłużej zajmować tym tekstem, gdyż podobna – jak w zacytowanym fragmencie – erudycja oraz precyzja analiz przebija z całości wywodów autora, gdyby nie to, że powiela on niebezpieczne tezy na temat demokracji, a ja, jako dominikanin, a więc par excellence demokrata, obawiam się zagrożeń dla demokracji.

Podstawową tezą Jerzego Bokłażca jest przekonanie, że demokracja sama sobie wystarczy, aby „podtrzymywać ją samą”, że sama wytwarza i egzekwuje te wartości, które są niezbędne do jej przetrwania. Jest ona – wedle niego – swoistym perpetuum mobile. To dlatego papieska uwaga o tym, że demokracja bez odniesienia do wartości etycznych może się zamienić w totalitaryzm, narusza – zdaniem Bokłażca – stabilny sam z siebie układ. Jej wymowa jest więc anty-demokratyczna, niebezpieczna, i z tak sformułowanym poglądem trzeba się energicznie rozprawić.

Osobiście sądzę, że jest wręcz przeciwnie. Jako fizyk-emeryt nie wierzę w perpetuum mobile w świecie przyrody nieożywionej, a jako homo sapiens nie wierzę w perpetuum mobile również w świecie ludzkim. Sądzę też, że tylko dla wyznawców ideologii (także ideologii demokratycznej uznającej, iż demokracja jest ustrojem niejako samoczynnym i samym z siebie etycznym), rzeczywistość bywa czarno-biała, z czego wypływa wniosek, że jeżeli ktoś nie podziela mych poglądów na naturę demokracji, to automatycznie jest jej – choćby nieświadomym – przeciwnikiem, ergo należy „dać odpór” poglądom Papieża. Więcej, trzeba być wyznawcą ideologii demokratycznej (a nie demokratą!), aby wierzyć, że demokracja sama z siebie potrafi bronić, propagować, a nawet narzucać takie wartości, jak równość obywateli, wolność słowa czy też pokojową wymianę elit. Taka wiara nie tylko nie wspiera demokratycznych instytucji i procedur, ale jest wręcz niebezpieczna dla realnej, ludzkiej demokracji. Nie można bowiem ignorować faktu że, jak słusznie pisze Piotr Winczorek (nawiasem mówiąc, nie wie lewica, co czyni prawica, bowiem jego artykuł „Wartości poza demokracją” zamieszczono w innej części tego samego numeru „Rzeczpospolitej”!), „demokracja jest systemem otwartym na fałsz, niesprawiedliwość, korupcję, głupotę, etyczny i estetyczny kicz i, ostatecznie, na bezładną walkę każdego z każdym, w której nie dba się już o żadne pozory”.

Słowa te pisze Winczorek nie jako „klerykał” czy „fundamentalista” w odróżnieniu od „demokraty” Bokłażca, ale jako gorący zwolennik demokracji, która – jak podkreśla jej podstawową zaletę – jest jedynym systemem umożliwiającym poszukiwanie prawdziwych wartości. Demokracja zatem, zawierając w swym podglebiu wiele cech pozytywnych, jest zarazem przede wszystkim potencjalnością, którą można zrealizować na bardzo różne sposoby. „To natomiast – podkreśla Winczorek – czy w ogóle szukamy, a czy szukamy tam, gdzie trzeba, i czy znajdziemy to, co znaleźć powinniśmy, zależy od nas samych, naszych sumień i wrażliwości”. Wszystko zatem sprowadza się do tego, jacy ludzie działają na demokratycznym forum. Zależy więc od sumień i wrażliwości obywateli demokratycznego państwa. Jeżeli większość obywateli będzie uczciwa i wielkoduszna, demokracja będzie wielkoduszna i stabilna, jeżeli większość będzie bojaźliwa oraz chciwa, demokracja okaże się chwiejna i pazerna. Choć więc, z jednej strony, nie wolno wielkoduszności uczyć pod przymusem, a ludzkich sumień formować „na siłę”, to jednak – ze strony drugiej – nie wolno też zamykać oczu na realność niebezpieczeństwa, że mechanizm podejmowania decyzji we współczesnej liberalnej demokracji – raz jeszcze zacytujmy Winczorka – „uprzywilejowuje pozór uczciwości nad rzetelną uczciwością, złudę kompetencji przed solidną wiedzą i umiejętnościami, fałszywy altruizm przed prawdziwym oddaniem bliźniemu”. I właśnie o możliwości kumulowania takich zagrożeń wspomniał w polskim Sejmie Jan Paweł II, przypominając, „że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. I poprzez przypomnienie tego realnego zagrożenia starał się osłaniać demokratyczną rzeczywistość nie tylko przed jej przeciwnikami, ale też i przed wyznawcami „ideologii demokratycznej”, którzy przez swój brak krytycyzmu i naiwny optymizm mogą się demokracji źle przysłużyć.

***

„Rzeczpospolita” z 12 VIII informuje, że korzystając z serwera Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Uniwersytetu Warszawskiego można przy pomocy paru kliknięć bez problemów rozpowszechniać pornografię dziecięcą. Następnego dnia Dariusz Ćwiklak komentując tę wiadomość w „Gazecie Wyborczej”, posługuje się analogią do wypożyczalni kaset wideo, w której na sąsiednich półkach leżą filmy pornograficzne oraz „Hamlet” i „Obywatel Kane”, a następnie może niezbyt odkrywczo, lecz bez wątpienia słusznie zauważa, iż „kaseta jest tylko nośnikiem informacji, a wypożyczalnia punktem dystrybucji”.

Po tym wstępnym zgłębieniu problemu dociera do retorycznej pointy: „jeśli na ok. 18 tysięcy grup dostępnych na serwerze ICM (i innych serwerach) znajdzie się parę złych, to czy należy od razu zamknąć cały system?”. Odpowiedź narzuca się sama: ponieważ – pisze Ćwiklak – systemu nawet z przyczyn technicznych kontrolować i cenzurować się nie da, zatem „w Internecie każdy sam musi się nauczyć odróżniać informacje wartościowe od głupich i szkodliwych. Nikt za niego tego nie zrobi”.

Brzmi to humanitarnie i sympatycznie. Pozornie wszystko jest w porządku.

A przecież jest to klasycznie ideologiczna reakcja. Typowy, codzienny przykład ideologicznego liberalizmu.

Zacznijmy od posługiwania się analogią. Ciekaw jestem, czy ów dziennikarz podpisałby się pod w podobny sposób skonstruowaną obroną pirackich nagrań fonograficznych. Bo przecież można zapytać, czy jeżeli wśród tysięcy producentów CD-ROM-ów oraz kaset znajdzie się kilku „piratów”, to w odwecie należy zakazać produkcji kaset i kompaktów? Oczywiście nie. Ideolog liberalizmu (nie liberał!) odpowie: wystarczy, że każdy z nas nauczy się kupować legalne nagrania i odmawiać kupowania „podróbek”. Nikt inny za nas tego nie zrobi.

Fałsz zawarty w powyższych rozumowaniach jest dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, z zadziwiającą beztroską ignorują one fakt, że opisane działania są zakazane przez prawo. Że w przypadku kopiowania naruszone są dobra autorów i państwa, a w przypadku pedofilii – dobro dzieci oraz ich rodziców. Po drugie – to klasyczny symptom ideologii wyznającej czarno-białą wizję rzeczywistości – sugerują one, że jedynym możliwym rozwiązaniem jest „wszystko albo nic”. Tertium non datur. Albo więc trzeba całkowicie zakazać kopiowania utworów, albo w ogóle nie ingerować w proces piractwa; albo należy pogodzić się z rozpowszechnianiem pornografii dziecięcej, albo zamknąć całą sieć Internetu. Otrzymujemy zatem jednoznacznie sformułowaną alternatywę: albo zgoda na każde bezprawie i bezeceństwo w sferze publicznej, albo stawianie stosów i powoływanie policji myśli. Albo królestwo wolności albo państwo totalitarne.

Tego rodzaju alternatywy, przed jakimi stawiają opinię publiczną – dzieci naszego czasu – wyznawcy ideologicznego liberalizmu, są niebezpieczne i podwójnie nieprawdziwe. Niebezpieczne, bo przymuszając do „czarno-białych” wyborów, skrajnie polaryzują poglądy, eliminują zdrowy rozsądek i sprzyjają narastaniu „anty-wolnościowej” reakcji. Są one nieprawdziwe po pierwsze, bo szantaż: albo wraz z nami jesteś „postępowy”, albo – jeśli się z nami jednoznacznie nie zgadzasz – automatycznie zostajesz „inkwizytorem”, „fundamentalistą” czy też „faszystą”, jest fałszem intelektualnym i moralnym. Są nieprawdziwe po wtóre, bo z lektury kolejnego numeru „Rzeczpospolitej” dowiedziałem się o istnieniu całej gamy mniej i bardziej radykalnych sposobów odfiltrowywania „brudów” w Internecie, które można stosować z pełnym poszanowaniem porządku demokratycznego państwa prawa. Okazuje się więc, że nie potrzeba wcale ani policji myśli, ani zamknięcia sieci Internetu, aby móc się przeciwstawiać bezprawiu i draństwu dokonywanym na naszych oczach.

I znowu, tak jak ideologowie demokracji źle służą demokracji jako takiej, podobnie i ideologowie liberalizmu, uciekając się do fałszu i szantażu (cóż z tego, że niekiedy w dobrej wierze i w imię obrony wolności), zagrażają sprawie wolności, wspierają bowiem polaryzację i erozję wolnego społeczeństwa.

***

Na koniec historia optymistyczna. Pamiętamy zapewne, jak przed paru laty przetoczyła się przez media fala „świętego oburzenia” przeciw mieszkańcom paru miejscowości, w pobliżu których zamierzano utworzyć ośrodki dla nosicieli wirusa HIV. Faktycznie, stosunek sporej części okolicznej ludności był do zarażonych niechętny, niekiedy wręcz agresywny i wrogi. Zamiast jednak potraktować ludzi podmiotowo, starać się zrozumieć ich obawy i ograniczenia, zamiast negocjować, wyjaśniać, perswadować, edukować i dawać dobry przykład, zaczęto ich prezentować w mediach jako ksenofobiczny, nietolerancyjny motłoch oraz exemplum chrześcijańskiej hipokryzji. Rzecz jasna, dolało to tylko oliwy do ognia. Z czasem z taką oceną tego procesu zgodził się sam Marek Kotański, którego za odwagę cywilną należy cenić, bo z chwilą dania świadectwa tej niewygodnej prawdzie utracił posiadaną dotąd pozycję ulubieńca mediów.

Minęło parę lat, nad emocjami z wolna brał górę zdrowy rozsądek, ludzie słuchali argumentów, przedstawiciele rządów i samorządów, oświaty oraz Kościoła prowadzili akcje edukacyjne – i oto w Polsce, po raz pierwszy w naszej części Europy, odbyła się w połowie sierpnia IX Międzynarodowa Konferencja dla Osób Żyjących z HIV/AIDS. I oczom nie wierząc czytam w prasie, że „od skrajnej nietolerancji wobec osób zarażonych HIV przeszliśmy do całkowitej akceptacji. Postawy naszego społeczeństwa są bardzo poprawne”. I oto w telewizyjnych „Wiadomościach” słyszę, że inne państwa regionu mogą się dziś od nas uczyć stosunku do nosicieli wirusa HIV.

Oczywiście rzeczywistość nie jest idealna. Potrzeba jednak było tylko trochę cierpliwości i rzetelnej pracy, by dobroć wzięła górę nad obawami, a zdrowy rozsądek nad argumentami ideologicznymi. Potrzeba było czasu i konkretnej pracy, by ludzie dojrzeli i zmądrzeli, a chorym zaczęło się żyć lepiej. Ci, którzy poświęcili swój czas i energię, służąc tej dobrej sprawie, mogą czuć satysfakcję. Markotno jest chyba tylko ideologom liberalnego społeczeństwa, którzy muszą poszukać innych przykładów „ksenofobii” i „fundamentalizmu”, by się utwierdzać w roli oświeconej awangardy ludzkości, broniącej reszty społeczeństwa przed powstawaniem państwa policyjnego i przed zalewem faszyzmu.

Tekst został pierwotnie opublikowany w „Azymucie” – redagowanym przez Instytut Tertio Millennio od kwietnia 1998 do maja 2003 roku comiesięcznym dodatku religijno-społecznym do „Gościa Niedzielnego”.

Maciej Zięba OP
Maciej Zięba OPDominikanin, teolog, filozof, fizyk i publicysta. Założyciel Instytutu Tertio Millennio w Krakowie oraz dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Ojciec Zięba był autorem wielu książek i artykułów, w których poruszał tematy związane z teologią, filozofią, polityką i historią. Był również znany ze swojej działalności publicznej, w tym ze współpracy z mediami i uczestnictwa w debatach publicznych. W 1998 roku został wybrany prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów. Pełnił tę funkcję przez osiem lat. Zmarł 31 grudnia 2020 roku.