Trzecia fala animalizacji człowieka narasta w oczach. Tak jak dwie poprzednie: oświeceniowa i pozytywistyczna, wiąże się ona z uznaniem istnienia jedynie materialnej części rzeczywistości (a więc i z ateizmem), z tezą, że wszelka etyka jest tworem pochodzącym z kombinacji kultury i – nadrzędnej w stosunku do niej – biologii oraz z szympansofilią. Jedynie ta ostatnia cecha budzi moją sympatię, bo bardzo lubię i naszych braci szympansów i nasze siostry szympansice – pisał na łamach „Azymutu” Maciej Zięba OP.
Człowiek = szympans + 1%?
Księgarskie półki gną się od tomów propagujących polaną naukowym sosem chwytliwą socbiologiczną wizję świata, setkom tysięcy studentów, późniejszym nauczycielom, wpaja się zmodernizowaną, „genetyczną” wersję socdarwinizmu, telewizja emituje filmy o „kulturach” stworzonych przez szympansy i goryle, których nie wolno nam oceniać z naszego, szowinistycznego, ludzkiego punktu widzenia, bo są po prostu odmienne, zresztą posiadają ogromną zbieżność z ludzkimi dokonaniami, a odziani w białe kitle ideolodzy genetyzmu (ideologii utrzymującej, że za wszystko odpowiedzialne są geny) dowodzą, że różnice w naszych oraz małpich i mysich genotypach są niemal zaniedbywalnie małe.
Trzecia fala animalizacji człowieka narasta w oczach. Tak jak dwie poprzednie: oświeceniowa i pozytywistyczna, wiąże się ona z uznaniem istnienia jedynie materialnej części rzeczywistości (a więc i z ateizmem), z tezą, że wszelka etyka jest tworem pochodzącym z kombinacji kultury i – nadrzędnej w stosunku do niej – biologii oraz z szympansofilią. Jedynie ta ostatnia cecha budzi moją sympatię, bo bardzo lubię i naszych braci szympansów i nasze siostry szympansice.
Nie jestem wszelako przekonany, jak był przed blisko 300 laty de La Mettrie, że wkrótce opanują one sztukę rozmowy lub, jak przed blisko 200 laty przekonany był Engels, że będą się posługiwały narzędziami jak człowiek i stworzą porównywalną z nami kulturę, ani też – jak dziś sądzą genetyści (tj. wyznawcy genetyzmu, nie genetycy!) – że wystarczy zmodyfikować niecały 1 proc. genów i szympans przeistoczy się w człowieka.
Ta scjentystyczna szarlataneria naszych czasów jest dla niekrytycznych umysłów kultury masowej sugestywna oraz atrakcyjna. Sugestywna, bo konkretne liczby, przykłady i wykresy sugerują, że jest ona potwierdzona przez współczesną naukę. Atrakcyjna – bo zdaje się przynosić człowiekowi połączenie zawsze czystego sumienia z pełnią wolności. Skoro nauka „dowiodła”, że zło i dobro w rzeczywistości nie istnieją, to cokolwiek uczynię, jeżeli jest to korzystne i przyjemne dla mnie jest zarazem dobre. W bardziej tradycyjnej wersji brzmiało to: „hulaj dusza, piekła nie ma!”.
Całkowita wolność za pełny determinizm
„Człowiek jest gatunkiem biologicznym i nic poza tym” – na łamach wysokonakładowej prasy obwieszcza, strojny w naukowy tytuł, agitator genetyzmu – „unikalnym, ale tylko gatunkiem biologicznym. Kto temu przeczy, nie rozumie biologii”.
Gdy byłem dzieckiem lot Jurija Gagarina dowiódł, że Boga nie ma. Kto temu przeczył, nie rozumiał współczesnej astronomii. Co do biologii, to też nie jest to zupełna nowość, lecz jedynie nieco odświeżone pomysły nieocenionego prekursora radzieckiej nauki Iwana Pawłowa, które ongiś zaprzątały ideologów drugiej fali animalizacji. „Odruch warunkowy. Ileż satysfakcji dała mi pierwsza lektura poczciwego Pawłowa” – pisał w Niewidomym z Gazy Aldous Huxley. „Wszyscy razem jesteśmy psy i suki. Hau, hau, obwąchaj no latarnię, podnieś nogę, zakop kość. Dość już bzdur na temat wolnej woli, dobra, prawdy i tak dalej”.
We współczesnej wersji tej ideologii zmienione są tylko słowa, gdyż ongiś supernowoczesny żargon Pawłowa bardzo się zestarzał i jego pretensje do całościowego wyjaśnienia świata wyglądają dziś po prostu groteskowo. Sens jednak pozostaje ten sam.
„Wiele aspektów ludzkiej działalności wydaje się wyjątkowych: sztuka, wynalazczość, nauka” – ogłasza w poczytnym magazynie scjentysta udający, że mówi jako naukowiec. – „Wszystkie wydają się rezultatem działania wolnej i niezawisłej woli. Wszystkie one znajdują jednak ewolucyjne uzasadnienie. Każda z nich, bez wyjątku, ma ukryty sens i przyczynia się do naszego reprodukcyjnego sukcesu”. Innymi słowy znaczy to, że współczesna biologia „udowodniła”, iż za powstaniem „Piety” i „Pana Tadeusza”, za odkryciem teorii względności i wynalazkiem żarówki kryje się sukces reprodukcyjny panów Buonarottiego, Mickiewicza, Edisona oraz Einsteina.
Inny przykład: „Żaden organizm, nawet człowiek, pomimo że posiada tak dużą korę, nawet nie podejrzewa, że to, co robi, a co przyjmuje za wolną wolę, ma w domyśle zwiększyć jego sukces reprodukcyjny. Czy tego chcemy, czy nie, uczestniczymy w ewolucyjnym dziele obliczonym na nieśmiertelność naszych genów”.
Dobro i zło, szlachetność i podłość, wierność i zdrada, uczciwość i korupcja – to anachronizmy, o których mogą mówić jedynie ideologiczni księża lub idealistyczni filozofowie, ale prawdziwi ludzie nauki dobrze wiedzą, że w istocie są to jedynie pojęcia służące zwiększeniu sukcesu reprodukcyjnego.
Jedyne, co naprawdę istnieje, to nieśmiertelność naszych genów. Piekła nie ma. A zatem…
Hulaj dusza póki fenyloetyloamina w mózgu
Podstawowym celem każdego ludzkiego bytowania staje się w tej masowo rozpylanej w naszej kulturze ideologii scjentyzmu dążenie do nadprzeciętnej przeżywalności i nadprzeciętnej płodności. Kultywowanie w sobie oraz aktywowanie zdrowego i amoralnego samca (lub samicy) okazuje się celem ludzkiego życia i spełnieniem się człowieczeństwa. Na szczęście, wierność między osobami nie musi być prawnie zakazana, choć wydawać by się mogło, że tak egoistyczna postawa dwóch osobników zmniejsza zdolności reprodukcyjne gatunku jako całości. Tak jednak mogą sądzić jedynie umysły maluczkich. W rzeczywistości mężczyzna dochowujący partnerce wierności „jest mężczyzną, który obrał inną strategię osiągania sukcesu reprodukcyjnego” – cytuję przywołanego na początku guru genetyzmu – „co nie znaczy, że mniej skuteczną. Jest jak drobny przedsiębiorca, który dostrzegł rynkową lukę, i stara się ją zapełnić”.
Jeżeli współczesna genetyka nie potępia zatem wiernych sobie małżonków, to już z punktu widzenia współczesnej biochemii należałoby ich poddać przymusowej kuracji. Cechuje bowiem nieszczęśników nienormalnie stabilny poziom fenyloetyloaminy, który to związek jest odpowiedzialny – powtarzam za wypowiadającym się w poczytnym tygodniku guru biochemii – za stan uniesienia towarzyszący zakochaniu. „Po dwóch latach organizm uodparnia się na ten hormon i para przechodzi kryzys. Po czterech latach organizm w ogóle przestaje produkować ten związek i wtedy niektórzy zaczynają szukać okazji, żeby uzupełnić jego niedobór. Zdradzają”.
Wierność nie jest zatem jeszcze karalna, ale – z naukowego punktu widzenia – jest bezsensowna i nienormalna. Gdyby było inaczej z pewnością rozdawano by powszechnie fenyloetyloaminę, a na wniosek pewnego lobby koszty owej „pigułki wierności” ponosiłoby Ministerstwo Zdrowia. Wystarczyłoby więc wrzucić ją po kryjomu mężowi lub żonie codziennie do zupy i problem zdrady byłby ostatecznie wyeliminowany. Wszystkie pary świata przez całe swe życie żyłyby w nieustannym uniesieniu zakochanych w sobie nastolatków.
Geny, geny über alles
Czy warto takim bredniom poświęcać papier? Czy ma sens zabawa w demaskowanie logicznych niekonsekwencji i błędów metodologicznych teorii, których nie da się zweryfikować, gdyż bez trudu z ich pomocą można udowodnić wszystko? Sądzę, że tak.
Każda bowiem ideologia jeśli opanuje wiele ludzkich umysłów jest niebezpieczna. Początek pierwszej i drugiej fali animalizacji – z dzisiejszego punktu widzenia – również wyglądały groteskowo. Ale potem – jeżeli szeroko rozprzestrzeniła się społecznie – zawsze zaczynali masowo ginąć ludzie. Jeżeli stawała się własnością elit, jak to było z – propagowaną w imię nauki – ideą ochrony człowieka jako gatunku – eugeniką, to nawet w krajach demokratycznych, aż do lat 60. ubiegłego stulecia kończyło się to często przymusową sterylizacją oraz brutalną dyskryminacją i masowym upokorzeniem całych grup społecznych.
Jeżeli ludzie pojmują siebie jako zwierzęta, to nieuchronnie zachowują się między sobą jak bydlaki – empiria nie zna wyjątków od tego prawa.
Mój wuj siedział po wojnie, jak to się w PRL polskim patriotom zdarzało, w celi śmierci wraz z generałem Wehrmachtu skazanym na śmierć za udział w tłumieniu powstania w getcie. Opowiadał, że gdy po pierwszym okresie milczącej wrogości zaczęli ze sobą rozmawiać, okazało się, że ów generał był prawdziwym erudytą i arystokratą. Po wielu rozmowach o Leibnizu i Rilkem, Clausewitzu i św. Augustynie, także po wymianie rodzinnych wspomnień, wuj zaryzykował i zadał pytanie, które nurtowało go coraz głębiej: „Jak to się stało, że pan pochodzący z domu wielowiekowych oficerskich i rycerskich tradycjach, a zarazem człowiek gruntownie wykształcony, koneser europejskiej kultury, nakazał strzelać w getcie do bezbronnych ludzi, do kobiet, do starców i dzieci?”.
Ów generał spojrzał z niechęcią na wuja, który poruszył tyleż dlań oczywisty, co nieprzyjemny temat i mruknął jedno słowo: Die Lause. Wszy.
Piekło istnieje.
Tekst został pierwotnie opublikowany 8 lipca 2001 roku w „Azymucie” – redagowanym przez Instytut Tertio Millennio od kwietnia 1998 do maja 2003 roku comiesięcznym dodatku religijno-społecznym do „Gościa Niedzielnego”.
