Monty Python a bluźnierstwo dawniej i dziś

Technologia obiecywała wyzwolenie od lęku poprzez umożliwienie nam kontrolowania natury, lecz przyniosła Holokaust i bombę atomową. Internet miał demokratyzować informację, a stworzył ideologiczne silosy, w których jednostki mogą wygodnie unikać konfrontacji z poglądami, z którymi się nie zgadzają. A komedia, oparta na zdrowym kontrolowaniu potężnych, ironicznie stała się narzędziem w rękach władzy, dzięki któremu można utrzymywać dysydentów w bezsilności i na marginesie pisze biblista Carl Trueman.

Kiedy dorastałem w Anglii w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, Monty Python’s Flying Circus przenikał moje dzieciństwo i młodość. Serial telewizyjny w decydujący sposób ukształtował moje poczucie humoru. W wieku czternastu lat uczestniczyłem w wykładzie twórcy Monty Pythona, Terry Jones, na temat „Opowieści kanterberyjskich” The Canterbury Tales. Jego błyskotliwość, rozległa wiedza i zamiłowanie do podejmowania wielkich idei pozostawiły we mnie trwałe pragnienie nauczania i pisania. A „Monty Python’s The Meaning of Life” był jedynym filmem, na który kiedykolwiek wślizgnąłem się do kina jako nieletni. Monty Python zdefiniował pewne pokolenie angielskich uczniów szkół, do którego należę.

Pythoni byli jednak zawsze kontrowersyjni, ponieważ – jak wszyscy wielcy komicy – wyśmiewali potężnych i zadowolonych z siebie, czy to ziemiaństwo, ówczesnych polityków, czy po prostu pompatycznych i zadufanych w sobie. I oczywiście kpiąco odnosili się do religii w słynnym filmie „Monty Python’s Life of Brian”. Akcja filmu rozgrywa się w I wieku, a jego komizm opiera się na nieustannym myleniu Jezusa Chrystusa z przeciętnym człowiekiem, Brianem, którego życie w pewnym sensie toczy się równolegle. Najbardziej niesławna scena – przynajmniej w momencie premiery – to ukrzyżowanie, gdy Brian wisi na krzyżu i śpiewa „Always Look on the Bright Side of Life”.

W tamtym czasie chrześcijanie w Wielkiej Brytanii protestowali przeciwko jawnemu wyśmiewaniu chrześcijaństwa w filmie. I bez wątpienia był on bluźnierczy. Ale to było ponad czterdzieści lat temu. Dlatego jest zarazem nieco zaskakujące i bardzo pouczające, że film znów znalazł się ostatnio w nagłówkach – ponownie z powodu bluźnierstwa.

Tak, nadal jest bluźnierczy. Tym razem jednak obraźliwa treść wymownie świadczy o zmianach, jakie zaszły w kulturze zachodniej na przestrzeni dekad od jego premiery.

Kilka tygodni temu John Cleese, jeden z gwiazdorów filmu, ogłosił, że pracuje nad sceniczną adaptacją „Life of Brian”. Znalazł się pod ogromną presją ze strony znaczących i wpływowych przedstawicieli środowiska artystycznego, by usunąć z przedstawienia pewną scenę, lecz odmówił jej wycięcia. W tej scenie mężczyzna o imieniu Stan twierdzi, że jest kobietą o imieniu Loretta i wyraża pragnienie – oraz domaga się prawa – do urodzenia dziecka. Każdy, kto ogląda tę scenę dzisiaj, może dostrzec współczesne szaleństwo naszego obecnego „momentu trans”, ukazane w całej jego oczywistej niespójności i sprzecznościach. Ludzkość nie znosi zbyt wiele rzeczywistości, jak zauważył T. S. Eliot, a wydaje się to szczególnie prawdziwe w odniesieniu do postępowej klasy politycznej i jej komisarzy wśród twórców kultury. W 1979 roku scena była powodem do śmiechu. Dzisiejsze zbiorowe szaleństwo czyni z niej powód do lamentu.

Ten incydent jest znaczący przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, jest znakiem tego, jak komedia zboczyła ze swojej drogi. Tradycyjnie była ona sposobem, dzięki któremu słabi mogli ograniczać władzę silnych, wskazując na ich próżność, zadufanie i absurdy. Tak Aristophanes wyśmiewał ateńskich władców swoich czasów, podobnie jak później Erasmus of Rotterdam i Martin Luther używali humoru, by podważać pretensje renesansowego papiestwa. Jednak z biegiem czasu rzeczy mają tendencję do przekształcania się w swoje przeciwieństwa.

Technologia obiecywała wyzwolenie od lęku poprzez umożliwienie nam kontrolowania natury, lecz przyniosła Holokaust i bombę atomową. Internet miał demokratyzować informację, a stworzył ideologiczne silosy, w których jednostki mogą wygodnie unikać konfrontacji z poglądami, z którymi się nie zgadzają. A komedia, oparta na zdrowym kontrolowaniu potężnych, ironicznie stała się narzędziem w rękach władzy, dzięki któremu można utrzymywać dysydentów w bezsilności i na marginesie.

Każdy, kto potrafi zmusić się do obejrzenia nocnego talk-show czy odcinka Saturday Night Live, wie, że dzisiejsze „żarty” mają na celu potwierdzanie przekonań światłej publiczności o wyższości ich postępowych poglądów politycznych, a nie skłanianie jej do dostrzeżenia absurdalnych elementów własnych wierzeń. Scena z „Lorettą” w „Life of Brian” jest obraźliwa właśnie dlatego, że robi dokładnie to drugie. A w świecie, w którym komedia jest częścią przemysłu kulturowego, jest to całkowicie nie do przyjęcia. Istnieje powód, dla którego państwa totalitarne nigdy nie lubiły komików – i nie ma on nic wspólnego z jakością ich point. Wręcz przeciwnie.

Jednak ten incydent nie tylko pokazuje, jak przedstawiciele klasy artystycznej dostosowali swoje rzemiosło do politycznych gustów epoki, do tego stopnia, że próbują wykastrować komedię z wszelkiej kontrkulturowej siły. Ujawnia on także, co jest – a co nie jest – święte dla dzisiejszej elity.

Pierwotny film był kontrowersyjny, ponieważ wyśmiewał Boga-Człowieka, centralną prawdę wiary chrześcijańskiej. Dziś jest kontrowersyjny, ponieważ wyśmiewa człowieka-boga, centralną prawdę naszego współczesnego świata.

Fakt, że to „Loretta”, a nie Brian, jest dziś najbardziej obraźliwą postacią tej historii, wskazuje na głęboką zmianę w naszym kulturowym rozumieniu tego, co święte i jakich praw nie wolno przekraczać.

Przeciwnicy bluźnierstwa wtedy i dziś mają coś wspólnego: troskę o ochronę tego, co święte. Na tym jednak podobieństwo się kończy. Dawne bluźnierstwo polegało na znieważaniu Boga, ponieważ to Bóg był święty. Dzisiejsze bluźnierstwo polega na sugerowaniu, że człowiek nie jest wszechmocny, że nie może stworzyć siebie w dowolny sposób, jaki wybierze, że podlega ograniczeniom wykraczającym poza jego wybór i kontrolę. To, że takie bluźnierstwo jest oczywiście i bezsprzecznie prawdziwe, nie czyni go mniej obraźliwym dla współczesnych świeckich kapłanów i kapłanek, których władza zależy od chronienia naszej kultury przed rzeczywistością. Ironią losu jest to, że John Cleese został teraz oskarżony o bluźnierstwo w obu porządkach. Niezależnie od tego, jak ocenia się „Life of Brian”, jego nieustanny stan niełaski może sugerować, że jest on w istocie wyjątkowo kompetentnym komikiem.

Tekst został pierwotnie opublikowany na portalu First Things pod tytułem Blasphemy Then and Now. Tłumaczenie redakcji Tertio.

Carl TruemanProfesor studiów biblijnych i religijnych w Grove City College oraz współpracownik Ethics and Public Policy Center.