Jedyną katolicką odpowiedzią na opaczną nadinterpretację Soboru jest dobra recepcja jego nauczania. Ta sprawa nie podlega dyskusji. Jakże wyraziście przypomina nam Papież w Tertio millennio adveniente: „Najlepsze przygotowanie do Jubileuszu roku dwutysięcznego nie jest niczym innym, jak tylko możliwie wiernym wcielaniem nauki Vaticanum II w życie każdego człowieka i całego Kościoła” – pisał Maciej Zięba OP.
Od tego dnia minęło już 35 lat [tekst opublikowany w 1998 roku – przyp. red. tertio.pl]. Trzeba uczciwie wyznać – bardzo się wtedy spłakałem. Radosna rocznica mojej I Komunii kończyła się w niedzielny wieczór niezwykle smutno. 3 czerwca 1963 roku „Dziennik telewizyjny” rozpoczynała wiadomość o śmierci Jana XXIII – „dobrego Papieża Jana”. Rzecz jasna, nie byłem wtedy w stanie docenić świętości jego bezgranicznej prostoty ani też inspirowanego przez Ducha Świętego rozmachu jego pontyfikatu. Jednakże dziecinne, intuicyjne odczucie dobroci „proboszcza świata” od razu związało mnie silną emocjonalną więzią z postacią Giuseppe Roncallego. Od tego czasu codziennie modlę się do niego oraz o zaliczenie go w poczet świętych.
Później dostrzegłem owoce soborowej odnowy liturgii: język polski podczas Mszy Świętej, kapłan „z ludu wzięty i dla ludu ustanowiony” obrócony twarzą do wiernych, hojniej nakryty stół Słowa Bożego, modlitwa powszechna, wielość modlitw eucharystycznych, znak pokoju. Głębokie znaczenie zmian liturgicznych dla mnie, który dopiero wiele lat później zrozumiał, co znaczyło ad Deum qui laetificat iuventutem meam odpowiadane mechanicznie na kapłańskie introibo ad altare Dei, dla mnie, który dopiero wiele lat później zachwyciłem się Wujkowymi „onego czasu”, „izaliż” czy też „snadniej” w czytanych w kościele Ewangeliach, rzeczą tych zmian było już zrozumiale oczywiste. Dotąd Msza Święta wydawała mi się całkowicie oderwanym od życia obrzędem, w trakcie którego – gdyby nie było to tak śmiertelnie nudne – dołączyłbym się do powszechnie odmawianego Różańca. Ani w domu, ani w szkole, ani w telewizji nikt nigdy nie przemawiał podobnie niezrozumiałym językiem. Nie trzeba było czytać „Argumentów”, by uwierzyć w anachroniczność Kościoła. Teraz jednak Eucharystia wkroczyła również w moje dziecinne doświadczenie, zaczęła karmić, stawiać pytania, apelować, obiecywać, niepokoić.
Najpóźniej przyszła lektura soborowych dokumentów: wielkich konstytucji o Objawieniu, o Kościele, o Liturgii, głębokich – osadzonych w Tradycji a zarazem nowatorskich – dokumentów Gaudium et spes, Dignitatis humanae czy dekretu o ekumenizmie. Głębia tych tekstów otwierała nowe horyzonty, fascynowała bogactwem skarbca Kościoła.
Dlatego z lękiem i smutkiem wsłuchuję się w dzisiejsze głosy krytyki Vaticanum Secundum w mniej lub bardziej zawoalowanych słowach zarzucających mu spowodowanie kryzysu w Kościele, opustoszenie kościołów i seminariów, rozchwianie katolickiej tożsamości.
Takie twierdzenia dowodzą nieznajomości realiów (podstawowe „posoborowe” problemy wyraźnie rysowały się już przed Soborem – dlatego przecież m.in został on zwołany), nieznajomość teologii (katolik uznaje obecność Ducha Świętego na każdym z soborów powszechnych) oraz – co najważniejsze – nieznajomości soborowego nauczania.
Oczywiście w latach po II Soborze Watykańskim doszło do wielu nadużyć, częstego trywializowania, by nie rzec profanowania liturgii, do płytkiego socjologiczno-politycznego interpretowania misji Kościoła, do rozbicia tożsamości wielu księży i ideologizacji akademickiej teologii „w służbie wolności i postępu”. To wszystko prawda. Ale – na Boga! – odpowiedzią na te nadużycia nie może być oskarżenie Soboru ani też ignorowanie jego nauczania. A słyszę takie sformułowania i dostrzegam taką postawę nader często. Chyba coraz częściej. Gdyby dotyczyło to jedynie zdeklarowanych uczniów abpa Levfebvre’a, problem ten – zwłaszcza w Polsce – byłby marginalny, choć i w naszym kraju zdaje się trochę nabrzmiewać, ale taka postawa występuje też wśród osób gorliwych, otwartych, rozsądnych.
Dlatego trzeba sobie powiedzieć jasno: jest to postawa niedobra. I nie tak naucza Jan Paweł II. Jedyną katolicką odpowiedzią na opaczną nadinterpretację Soboru jest dobra recepcja jego nauczania. Ta sprawa nie podlega dyskusji. Jakże wyraziście przypomina nam Papież w Tertio millennio adveniente: „Najlepsze przygotowanie do Jubileuszu roku dwutysięcznego nie jest niczym innym, jak tylko możliwie wiernym wcielaniem nauki Vaticanum II w życie każdego człowieka i całego Kościoła” (podkr. Papieża – M.Z., TMA 20).
A nieco dalej zadaje nam, Kościołowi, pytania włączone w milenijny rachunek sumienia: „W jakiej mierze słowo Boże stało się w pełniejszy sposób duszą teologii i natchnieniem całego chrześcijaństwa, jak tego żądała Konstytucja Dei verbum? Czy liturgia jest przeżywana jako „źródło i szczyt” życia Kościoła, zgodnie z nauczaniem Konstytucji Sacrosanctum Concilium? Czy w Kościele powszechnym i w Kościołach partykularnych umacnia się eklezjologia komunii, sformułowana w Konstytucji Lumen gentium? (…) Żywotne znaczenie ma też pytanie o styl relacji między Kościołem a światem zarysowany w Konstytucji Gaudium et spes” (TMA 36).
„Sobór Watykański II był opatrznościowym wydarzeniem” (podkr. Papieża – M.Z., TMA 18). Jedyną zatem odpowiedzią Kościoła, nas wszystkich, wobec piętrzących się przed nami problemów powinno być lepsze wcielanie w życie soborowego nauczania. Jan Paweł II w tej materii nie pozostawia nam żadnych wątpliwości.
Tekst został pierwotnie opublikowany 7 czerwca 1998 roku w „Azymucie” – redagowanym przez Instytut Tertio Millennio od kwietnia 1998 do maja 2003 roku comiesięcznym dodatku religijno-społecznym do „Gościa Niedzielnego”.
