Niedawno uderzyła mnie myśl – niczym zapalona zapałka w ciemnej komnacie – że nigdy nie byłem pozbawiony miłości. To samo dotyczy mojej żony, naszych dzieci i wnuków. Żadne z nas nigdy nie było pozbawione miłości. Owszem, przez pięćdziesiąt pięć lat małżeństwa i życia rodzinnego spotykały nas niepowodzenia i trudności, ale brak miłości – nie. Mówię to dlatego, że nasze doświadczenie jest bardzo dalekie od wyjątkowości. My, ludzie, oczekujemy miłości. Zakładamy jej istnienie jak pewien rodzaj tlenu; jak dług, który nam się należy na kształt prawa czy uprawnienia, począwszy od naszych rodziców. Bez niej cierpimy. A jednak zbyt często traktujemy ją jako rzecz oczywistą i przez to zbyt łatwo ją tracimy.
Tyle o tym, co oczywiste. Co – jeśli cokolwiek – ma to wspólnego z palącą kwestią dnia dzisiejszego, a mianowicie ze sztuczną inteligencją i jej implikacjami, stanie się jasne za chwilę.
W 1969 roku Brian Aldiss opublikował krótkie opowiadanie o pięcioletnim chłopcu imieniem David i jego gadającym pluszowym misiu Teddy. W tej historii David nie ma przyjaciół. Spędza więc czas na zabawie i rozmowach z Teddym oraz pisaniu liścików do matki. Każdy liścik mówi to samo: jak bardzo ją kocha. Pisze je raz za razem, dzień po dniu, bo wyczuwa jej emocjonalny dystans; jej niemożność odwzajemnienia miłości. David jest typowym, pięknym dzieckiem – z kilkoma drobnymi różnicami. Nie może się starzeć. Nie może spać. I nigdy nie może śnić. David jest doskonałym androidem; maszyną zaprogramowaną na dziecięcą miłość w przeludnionym świecie, gdzie narodziny są ściśle reglamentowane. Zaledwie mgliście zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak z tym, czym jest. I w końcu, zepsuty i niepotrzebny, zostaje wyrzucony jak mechaniczny złom.
Stanley Kubrick nabył prawa do opowiadania Aldissa – „Supertoys Last All Summer Long” – i przeształtował je w baśń na wzór Pinokia. Kubrick zmarł, zanim zdążył przenieść je na ekran, lecz przekazał prawa Stevenowi Spielbergowi. I Spielberg przekształcił ją w genialny, głęboko poruszający film A.I. Sztuczna Inteligencja – jedno z najznakomitszych dzieł jego kariery. W ujęciu Spielberga David w końcu doświadcza miłości matki. I w tej miłości może wreszcie zasnąć, śnić i stać się „prawdziwym” chłopcem.
Oglądałem film Spielberga kilkanaście razy przez lata. Nigdy się nie starzeje. I warto go obejrzeć zwłaszcza teraz, by przygotować się na pierwszą encyklikę Leona XIV, o której szeroko donosi się, że dotyczy sztucznej inteligencji i która ma zostać ogłoszona 25 maja. Film jest wyśmienitą fantastyką – trafną, piękną, ale też mylącą.
Jego piękno polega na uchwyceniu prostej prawdy: jesteśmy stworzeniami stworzonymi do miłości. Potrzebujemy siebie nawzajem, by zarówno dawać, jak i ją otrzymywać.
Bezinteresowny dar naszej miłości dla drugiego jest niezbędnym krokiem ku naszemu własnemu szczęściu, a David kocha bezwarunkowo. Ale to nie wystarczy. Potrzebujemy też być kochanymi i wiedzieć, że jesteśmy kochani – bo to właśnie wzajemna natura miłości, swobodnie nam ofiarowanej przez drugiego, zakorzenia nas w świecie. Potwierdza, że jesteśmy „prawdziwi”, że jesteśmy rozpoznani i że tu przynależymy.
Film jest jednak również mylący, bo David jest ostatecznie rzeczą wyprodukowaną. Żadna ilość tęsknoty ani magii nie może tego zmienić. My, ludzie, możemy podziwiać, ale nigdy naprawdę kochać dzieła własnych rąk. Powód jest prosty. Wszystko, co potrafimy zbudować lub stworzyć, w gruncie rzeczy nie różni się od nas samych. To wytwór, który odzwierciedla nasze własne założenia i ograniczenia. To nigdy nie jest świadomy, niezależny „Inny”, który ofiaruje nam coś, czego na pewnym poziomie już nie mamy. To właśnie sprawia, że oryginalne opowiadanie Aldissa jest mniej wzruszające, lecz bardziej autentyczne niż film. Matka Davida nie może go kochać, bez względu na to, jak bardzo się stara, bo nie może uciec od świadomości tego, czym – a nie kim – on jest.
Aktualność zarówno filmu, jak i opowiadania staje się oczywista. Rémi Brague w Królestwie człowieka i Carl Trueman w Profanacji człowieka z wyjątkową maestrią zgłębiają centralne pytania naszej epoki. Odnajdujemy je w Psalmie 8: Kim i czym jest człowiek i skąd pochodzi jego wyjątkowa godność – jeśli w ogóle jakaś istnieje? Dziś wolelibyśmy ignorować takie intelektualne irytanty jako przestarzały bagaż religijny. Nasz gatunek wydaje się obecnie panować nad naturą w sposób niespotykany dotąd w historii i tym się rozkoszujemy. Ale natura nie daje się tak łatwo podporządkować; zawsze odgryza się. Żaden „humanizm”, który wyklucza istnienie Boga gwarantującego świętość każdego ludzkiego życia oraz płynące z tego moralne ograniczenia, nie kończy się inaczej niż degradacją tej samej ludzkości, którą rzekomo wywyższa.
Właśnie w tym miejscu znajdujemy się jako kultura w „rozwiniętym” świecie: jedziemy na grzbiecie fali bardzo praktycznego ateizmu, zamaskowanego przez słoneczne, nieskończone możliwości technologiczne. I to pomimo faktu, że bez względu na to, jak potężne mogą stać się nasze technologie, nie jesteśmy bogami i nigdy nimi nie będziemy.
Wiedza bez mądrości jest trucizną. Jesteśmy niedoskonałymi stworzeniami nietolerującymi niedoskonałości – i przez to zbyt często wysoce inteligentnymi głupcami. Poprzednie stulecie pokazało nam, dokąd to prowadzi. Głupcy z narzędziami wciąż są głupcami. Im potężniejsze narzędzia, tym niebezpieczniejsi głupcy, którzy się nimi posługują w imię nauki, doskonalenia gatunku i (nieuchronnie) oczyszczania z tych słabszych. Dzisiejsze transhumanistyczne mrzonki uosabiają nienawiść do niedoskonałości ciała, odrazę do materialnej tkaniny człowieczeństwa – a wszelka taka nienawiść ma przerzutowe DNA.
Co sprawia, że nadchodząca encyklika Leona ma potencjalnie tak wielkie znaczenie.
W tych ostatnich godzinach przed jej nadejściem warto sięgnąć po dwa dokumenty watykańskie, które doskonale ją poprzedzają. Pierwszym jest „Antiqua et Nova: Nota o relacji między sztuczną inteligencją a ludzką inteligencją„ [tłum. własne]. Jak na tekst rzymski jest zadziwiająco czytelny i niezwykle wartościowy w treści. Drugi – bardziej zawiły, ale zbyt bogaty, by go pominąć – to „Quo Vadis, Humanitas? Refleksja nad chrześcijańską antropologią w obliczu pewnych scenariuszy przyszłości ludzkości” [tłum. własne].
Jak przypomina nam Antiqua et Nova: „Sztuczna inteligencja może symulować aspekty ludzkiego rozumowania i wykonywać określone zadania z niewiarygodną szybkością i efektywnością, [lecz] jej zdolności obliczeniowe stanowią zaledwie ułamek szerszych możliwości ludzkiego umysłu.”
Sądzę, że sedno sprawy jest następujące. Kiedy patrzę na kobietę będącą centrum mojego życia, na naszego syna z zespołem Downa, na nasze wnuki ze specjalnymi potrzebami, przychodzi mi na myśl coś więcej niż analiza kosztów i korzyści. To owe kilka prostych słów Blaise’a Pascala: „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna” – i żadna maszyna nigdy ich nie pozna. To owa „szersza zdolność”, którą nazywamy miłością. To cud, który czyni nas ludźmi.
Tekst został pierwotnie opublikowany 13 maja 2026 roku na portalu First Things pod tytułem AI and the Miracle that Makes Us Human. Tłumaczenie: Olha Zakharova z redakcji Tertio.