Szukanie pulsu w świecie po „śmierci Boga”

Rzeźba „Pocałunek Śmierci” na cmentarzu Poblenou w Barcelonie (Jaume Barba)

To sugestia szaleńca, że musimy sami stać się bogami, unicestwić wszelkie ślady stworzonego porządku, aby móc stworzyć samych siebie. Kondycję nowoczesnego świata lepiej niż „odczarowanie” opisuje profanacja. Nieuchronnym skutkiem – we wszystkich sferach życia – jest przekonanie, że ludzie mogą tworzyć własne znaczenia, a nawet własną naturę, co ostatecznie prowadzi do tragicznego uprzedmiotowienia człowieka. Akty tej profanacji nie są jednak triumfem, lecz raczej desperacką próbą odnalezienia „pulsu” – jakiejś resztki życia i sensu – w świecie uprzednio ogołoconym ze znaczenia – pisze prof. Michael Hanby.

Publikacja z 2020 roku, The Rise and Triumph of the Modern Self, ugruntowała pozycję Carla Truemana jako jednego z najbardziej przenikliwych komentatorów patologii późnonowoczesnej kondycji. Dostrzegając w rewolucji seksualnej fundamentalny atak na samą ideę natury ludzkiej i przyjmując jej współczesne zwycięstwo jako punkt wyjścia, Trueman prześledził nie tylko przemiany nowoczesnych koncepcji „ja” – w tym „ekspresyjny indywidualizm”, który stanowił podłoże tej rewolucji – lecz także historię społeczną i intelektualną prowadzącą do osobliwej formy, jaką indywidualizm przybrał w postaci tak nieoczekiwanej jak ideologia transpłciowości. Książka okazała się objawieniem i – ukazując się w samym szczycie „wokeizmu” – swoistym wydarzeniem.

Nowa książka Truemana, The Desecration of Man, powinna jeszcze bardziej umocnić jego autorytet. Stanowi ona uzupełnienie, doprecyzowanie, a pod pewnymi fundamentalnymi względami także pogłębienie analiz zawartych w The Rise and Triumph of the Modern Self, mimo że jest krótsza i skierowana do szerszego grona odbiorców.

To, że wielu przedstawicieli klasy politycznej, którzy dziś świętują rzekome zwycięstwo nad „wokeizmem”, stało się jednocześnie orędownikami zapłodnienia in vitro, wskazuje, iż podstawowe pytanie „czym jest człowiek?” nie zostało ani usłyszane, ani tym bardziej rozstrzygnięte.

Książka ma wszelkie cechy charakterystyczne stylu Truemana: jest trzeźwa w osądach, znakomicie napisana i głęboko erudycyjna. Autor z wielką swobodą operuje teologią, filozofią, historią i literaturą, analizując współczesne zjawiska społeczne, splatając je w spójną całość i pogłębiając nasze rozumienie kluczowych patologii epoki. Ta właściwa mu kombinacja przystępnego myślenia, eleganckiego stylu i uczoności sprawia, że The Desecration of Man – paradoksalnie, biorąc pod uwagę temat – czyta się z prawdziwą przyjemnością.

Punktem wyjścia analizy Truemana jest jego niezadowolenie z popularnych diagnoz mówiących o „odczarowaniu” nowoczesnego świata. Teza o odczarowaniu, jego zdaniem, nie sięga wystarczająco głęboko. Nie potrafi wyjaśnić permanentnej rewolty przeciw wszelkim formom zastanego porządku, która charakteryzuje współczesne życie społeczne, ani tempa przemian ostatnich lat.

Nie tłumaczy też wspólnoty wizji, która czyni ideologicznymi sojusznikami aktywistów BLM, radykalnych działaczy LGBTQ oraz terrorystów Hamasu i Hezbollahu. Nie wyjaśnia przeobrażenia aborcji z tragicznej konieczności w coś, co należy celebrować i głośno afirmować, ani entuzjastycznego przyjęcia biotechnologii przez część prawicy. Nie tłumaczy wyniesienia transgresji do rangi archetypu bohatera moralnego ani gorliwości, z jaką współcześni aktorzy polityczni burzą to, co dawniej uchodziło za przyzwoite lub święte – jak choćby widoczna u niektórych przedstawicieli prawicy satysfakcja z zastraszania migrantów czy entuzjazm Parlamentu Europejskiego wobec wizerunku „queerowego Jezusa BDSM” (by przywołać dwa z licznych przykładów Truemana). „A wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku dekad; stulecia dominacji kultury chrześcijańskiej nie tyle po prostu zanikły – jak miałoby to miejsce w warunkach samego odczarowania – ile zostały z ekstatycznym uniesieniem zburzone. Jak to możliwe, że stało się to tak nagle?”

Na to pytanie częściowo odpowiada Nietzsche w słynnym wystąpieniu szaleńca ogłaszającego śmierć Boga, co oznaczało również śmierć naturalnego i moralnego porządku – „granic, zobowiązań i celów” zakorzenionych w istnieniu Boga. To jednak sugestia szaleńca, że musimy sami stać się bogami, by okazać się godnymi tak wielkiego czynu – unicestwiając wszelkie ślady stworzonego porządku, aby móc stworzyć samych siebie – prowadzi nas bliżej sedna tezy Truemana. Naszą kondycję lepiej niż „odczarowanie” opisuje bowiem profanacja.

Profanacja różni się od odczarowania w kilku istotnych aspektach. Zakłada „celowe znieważenie lub zniszczenie czegoś świętego, czegoś o znaczeniu przekraczającym zwyczajność”. Jest nie tylko zamierzona, ale także ekscytująca – a ten fakt ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia, jak profanacja stała się moralnym imperatywem i domyślnym projektem naszych „klas kulturotwórczych: artystów, polityków, edukatorów”.

Imperatyw profanacji wymaga eliminacji wyjątkowości człowieka, aby nie pozostał żaden ślad imago Dei. Nieuchronnym skutkiem – we wszystkich sferach życia – jest przekonanie, że ludzie mogą tworzyć własne znaczenia, a nawet własną naturę, co ostatecznie prowadzi do tragicznego uprzedmiotowienia człowieka.

Profanacja tłumaczy również radość, z jaką dziś odrzuca się moralne kody i kategorie ukształtowane przez chrześcijaństwo. Nie żyjemy w świecie, w którym „Bóg po prostu umarł. Żyjemy w świecie, w którym z upodobaniem tańczymy na Jego grobie, ponieważ w ten sposób przyznajemy sobie boski status”.

Friedrich Nietzsche rozumiał to i w pewnym sensie performatywnie ucieleśnił aż po własne szaleństwo (co można by uznać za tragiczny znak jego intelektualnej spójności). Jednak w momencie, gdy Nietzsche pojawił się na scenie intelektualnej, bezwład dawnej kultury chrześcijańskiej był wciąż zbyt silny. Jego współcześni nie byli w stanie uchwycić powagi „zabójstwa Boga” ani podjąć wyzwania stania się bogami. „Filozofowie z tylnego wejścia”, tacy jak Kant, ilustrowali Nietzscheańską definicję nihilizmu, deprecjonując własne najwyższe osiągnięcia. Trzymając w jednej ręce nóż zabójcy, Kant drugą ręką przywracał sens, szukając pocieszenia w moralności, którą umożliwił martwy Bóg.

Roger Scruton i Richard Dawkins zajmują w myśli Carla Truemana pozycję analogiczną do roli Kanta u Nietzschego – jako przykłady „przepakowanego nihilizmu”. Oczywiście Scruton i Dawkins to myśliciele skrajnie różni – i ta różnica sama wydaje się częścią argumentu. Trueman deklaruje wdzięczność i intelektualne zobowiązanie wobec Scrutona, podczas gdy wobec późnego uznania przez Dawkinsa pewnych wartości chrześcijaństwa, które wcześniej zwalczał, pozostaje wyraźnie niecierpliwy. Sens tego zestawienia polega na tym, że każdy myśliciel, który traktuje chrześcijaństwo jako źródło korzyści społecznych, a nie jako prawdę, w gruncie rzeczy okazuje się nihilistą w sensie Nietzschego.

Ogłaszając śmierć Boga, szaleniec Nietzschego był mniej samotnym zabójcą, a bardziej prorokiem, który wpada na rynek z latarnią, by oświetlić znaczenie czynu, który już wcześniej został dokonany zbiorowo. Taka jest również rola Nietzschego w myśli Truemana: ma on rzucać nowe światło na procesy historyczne, które były już daleko zaawansowane w czasach Nietzschego, a które doprowadziły do naszej postchrześcijańskiej i postludzkiej teraźniejszości.

Dwa czynniki szczególnie przyczyniły się do urzeczywistnienia „godziny szaleńca”. Pierwszym jest wzrost „ekspresyjnego indywidualizmu”, którego genezę i historię Trueman prześledził w The Rise and Triumph of the Modern Self. Drugim – w dużej mierze pominiętym w tej wcześniejszej pracy – jest zdumiewający rozwój technologii, który w fundamentalny i bezprecedensowy sposób przekształca naszą relację do czasu, miejsca, ciała i tradycji. Zostaje to szczególnie wyraźnie ukazane w drugim rozdziale, gdzie Trueman wykorzystuje koncepcję „wyobraźni społecznej” Charles Taylora, zestawiając nasze współczesne doświadczenie tych relacji z doświadczeniem angielskiego chłopa z XII wieku.

Założenia i oczekiwania wyobraźni społecznej zostały przekształcone w sposób wzajemnie się wzmacniający przez „upłynnienie świata poprzez zmiany technologiczne oraz zwrot ku wnętrzu w poszukiwaniu autentycznego ja”. Technologizacja ciała oddziela to, co pozostało z duszy, od wszelkiego znaczenia inherentnie zawartego w formie ciała, a utożsamienie „ja” z odczuwaną tożsamością usuwa wszelkie granice dla interwencji biotechnologicznej – poza granicą tego, co możliwe. Razem procesy te „kształtują wyobraźnię społeczną skłonną ku pewnej formie ikonoklazmu”, zachęcając nas „do bycia transgresorami”.

Rozdziały od czwartego do szóstego rozwijają drugą część tezy Carla Truemana: że wciąż nie jesteśmy „godni” tego mrocznego czynu. Ekstaza profanacji zapowiedziana przez Friedricha Nietzschego nie doprowadziła (i nie doprowadzi) do naszego stania się bogami; przeciwnie – „pogrążyła nas w bierności, która jest jedynie inną formą nihilizmu”.

Prometejska próba wywołania nadczłowieczeństwa poprzez akt woli prowadzi do unicestwienia naszego człowieczeństwa. Zapłatą za profanację jest degradacja. Trueman wskazuje trzy obszary współczesnego życia, w których profanacja człowieka – rozumiana jako zniszczenie zastanych „granic, zobowiązań i celu” poprzez połączenie ekspresyjnego indywidualizmu i dominacji technologicznej – prowadzi do ludzkiej degradacji i cierpienia.

Rozdział 4, zatytułowany „Niekończący się seks”, interpretuje kategorię tożsamości seksualnej jako fundamentalne przedefiniowanie człowieka, analizując jej miejsce w polityce oraz nieodzowną rolę technologii w ustanowieniu tej centralności i w realizacji jej konsekwencji. Współczesne zjawiska takie jak seksualny libertynizm, aborcja czy pornografia zyskują tu nową wagę jako symptomy wewnętrznych sprzeczności i fałszywych obietnic rewolucji seksualnej. Niepowodzenie tej rewolucji w spełnieniu własnych obietnic ujawnia się dodatkowo w sprzecznościach ruchu #MeToo, rozdartej naturze współczesnego feminizmu oraz logicznych napięciach między „LGB a T i Q w ruchu LGBTQ+”. Każde z tych zjawisk czyni seksualność miejscem naszej samokreacji, jednocześnie milcząco zakładając istnienie pewnej resztki znaczenia o charakterze inherentnym.

Ta sprzeczność ujawnia się na wiele sposobów – nie najmniej w szczególnej powadze, jaką przypisujemy przestępstwom seksualnym, oraz w tym, że pojęcie homoseksualności dla swojej zrozumiałości wymaga odniesienia do normatywnej biologii. Takie teoretyczne sprzeczności nie stanowią oczywiście problemu dla ideologów, którzy porzucili zobowiązania rozumu i podporządkowali myślenie celom politycznym. Jednak te sprzeczności nieuchronnie prowadzą do praktycznych uwikłań, z których nie ma wyjścia:

„Tu natrafiamy na dylemat leżący u serca rewolucji seksualnej: to, co obiecuje wyzwolić nas jako podmioty zdolne do ekspresji siebie i osiągnięcia autentyczności, ostatecznie tworzy świat, w którym jesteśmy skazani doświadczać życia, w którym sami jesteśmy uprzedmiotowieni”.

Rozdział 5, zatytułowany „Czym jest człowiek w epoce mechanicznej reprodukcji?”, rozwija analogiczną sprzeczność w ramach rosnącego systemu technologii wspomaganego rozrodu, takich jak IVF, które traktują rodzącego się człowieka jako artefakt podlegający „procedurom kontroli jakości”, przeznaczony do selekcji, utowarowienia i ostatecznie ulepszenia dzięki eugenicznym możliwościom współczesnej genetyki. Powiązana z tym praktyka komercyjnej surogacji degraduje surogatkę do roli zwykłego „dostawcy usług”, którego ciało staje się narzędziem produkcji towaru. Można żałować, że Trueman nie rozwinął tych kwestii szerzej, ponieważ jest tu znacznie więcej do powiedzenia, jednak ma rację, twierdząc, że ten „nowy wspaniały świat” oznacza „całościową rewizję tego, co znaczy być człowiekiem” – rewizję o wyraźnie dystopijnych konsekwencjach.

Rozdział 6, „Ostateczny wróg”, opisuje sprzeczności w naszym stosunku do śmierci w następstwie „śmierci Boga”. Nasza postawa polega jednocześnie na jej wypieraniu i trywializowaniu – z jednej strony próbujemy jej uniknąć poprzez technologiczne „ataki” na ciało, z drugiej zaś przejmujemy nad nią kontrolę poprzez „prewencyjne, kontrolowane uderzenia” w postaci eutanazji. Zjawisko to rozprzestrzenia się w niegdyś chrześcijańskim Zachodzie jako ostateczny, paradoksalny znak, że końcowym rezultatem naszej technologicznej sprawności jest deprecjacja ludzkiego życia. Jak pisze Trueman:

„Śmierć jest ostatecznym dowodem jedności duszy i ciała oraz naszej natury jako istot zależnych. (…) Nie ma niczego, co lepiej uświadamiałoby człowiekowi nad grobem bliskiej osoby, że natura ludzka nie jest konstruktem społecznym”.

Ta diagnoza jest trafna. Wprowadzając kategorię profanacji, wskazuje on na wewnętrzną jedność pozornie rozproszonych symptomów naszej patologicznej antykultury. Co więcej, koncentruje się on na pytaniu antropologicznym – „czym jest człowiek?” – oraz na leżącym u jego podstaw pytaniu teologicznym.

Carl Trueman słusznie zauważa, że pytanie antropologiczne od dawna stanowiło centralną troskę katolicyzmu. W szczególności dzięki głębokiej diagnozie Henriego de Lubaca, Kościół podczas Soboru Watykańskiego II uznał, że redukcja teologii do antropologii – zapoczątkowana przez Feuerbacha – w sposób tragiczny prowadzi do redukcji samego człowieka. Kościół odpowiedział na ten kryzys, umieszczając antropologię zakorzenioną w chrystologii w centrum swoich obrad; podejście to stało się szczególnie wyraźne w pontyfikatach Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. „Ktokolwiek broni Boga, broni człowieka” – stwierdził ten ostatni w schyłkowych latach swojego pontyfikatu.

Podzielam niezadowolenie Truemana z odnowionego nacisku na „odczarowanie”, nie tylko dlatego, że „re-enchantment” (ponowne zaczarowanie świata) zwykle oznacza albo „dziwne rzeczy są realne”, albo „mniej rozumu, więcej poezji” – żadna z tych opcji nie dotyka istoty tego, co zostało utracone w świecie odczarowanym. Re-enchantment nigdy nie wydaje się oznaczać ponownego odkrycia wewnętrznej jedności, zrozumiałości, celowości i egzystencjalnej niepodzielności rzeczywistości, które zostały odrzucone wraz z obaleniem scholastycznego arystotelizmu w momencie powstawania naszej „Nowej Atlantydy”. Niemniej jednak Trueman błędnie przeciwstawia sobie profanację i odczarowanie. Rozwój jego „ekspresyjnego indywidualizmu” zawsze wiązał się z „unicestwianiem” świata – zarówno w sensie logicznym, jak i historycznym. Sam Trueman wielokrotnie pokazuje tę konieczność w swojej analizie. Nieustanny dążenie do technologicznej kontroli stało się naszym dominującym zobowiązaniem i zbiorowym raison d’être tylko dlatego, że bezsens został ustanowiony jako transcendentalna cecha bytu we wszystkich porządkach życia – społecznych, politycznych, naukowych i religijnych – zarówno de jure, jak i de facto. Nihilizm jest warunkiem wstępnym dominacji technologicznej.

Gdy rozumiemy profanację jako konsekwencję odczarowania, wówczas przypisywana jej przez Carla Truemana „ekscytacja” może zostać uchwycona pełniej – i w sposób bardziej zgodny z tym, jak profanacja rzeczywiście ujawnia się we współczesnej kulturze. Te jej przejawy nie mają bowiem charakteru dionizyjskiego upojenia, tym bardziej nie przypominają radosnej ekspansywności, która charakteryzuje myśl Friedricha Nietzschego. Teoria queer nie jest „wesołą nauką” na wzór Die fröhliche Wissenschaft. Przeciwnie – nasze wszechobecne akty profanacji naznaczone są przede wszystkim gniewem, a tuż pod jego powierzchnią także cichą lub mniej cichą rozpaczą. Akty transgresyjnej profanacji wydają się więc mniej wybuchem dionizyjskiego uniesienia, a bardziej próbą znalezienia jakiegokolwiek „tętna” – uchwycenia choćby śladu żywotności w pozbawionym sensu wszechświecie oraz jakiejś formy sprawczości wobec nieprzeniknionych systemów władzy, w które jesteśmy uwikłani. W tym sensie przenikliwe refleksje Truemana nad śmiercią jako tłem współczesnego libertynizmu seksualnego zbliżają się do tej intuicji.

Nasza sytuacja pełna desperacji wywołała zaskakujące nowe zainteresowanie religią wśród elit intelektualnych, jak zauważa Trueman. Jednak to zainteresowanie pozostaje jedynie subtelną formą nihilizmu – w której „wartości” religii same się dewaloryzują – o ile odrodzenie nie zostanie zakorzenione nie w postrzeganych korzyściach kulturowych chrześcijaństwa, lecz w prawdzie chrześcijańskich twierdzeń dotyczących Boga i człowieka. To właśnie stanowi punkt finalnego rozdziału Truemana i zarazem konkluzję całej książki. Jednak mimo wielu głębokich i potrzebnych analiz, moim zdaniem książka nie w pełni oddaje sprawiedliwości własnej tezie.

„Odpowiedzią na profanację jest konsekracja” – termin ten Carl Trueman definiuje w kategoriach „creed, cult and code”. „Creed” odnosi się do wierzeń definiujących daną wiarę, „cult” do praktyk liturgicznych Kościoła, a „code” do moralnych nawyków i praktyk kształtujących życie chrześcijańskie. Są to bez wątpienia warunki konieczne każdej próby przemiany kultury, ale nie są one warunkami wystarczającymi.

W tej zredukowanej postaci odpowiedź Truemana przypomina rozwiązanie „kongregacjonalistyczne” problemu o wymiarze uniwersalnym – czyli katolickim – problemu, który rzekomo dałoby się rozwiązać, gdyby chrześcijanie po prostu bardziej się starali. Tymczasem to, co naprawdę jest stawką w problemie profanacji oraz szerzej w kryzysie nowoczesności – a co zawsze było także stawką w pytaniu o odczarowanie, mimo że samo to ujęcie jest niewystarczające – dotyczy znaczenia całości (kata holos). A problem całości z definicji nie może zostać rozwiązany przez część.

„Katolickość” tego problemu ujawnia się wyraźniej, gdy odwrócimy twierdzenie Friedricha Nietzschego i zapytamy, co właściwie oznaczałoby stwierdzenie, że Bóg żyje. Co uległoby zmianie? Odpowiedź brzmi: absolutnie wszystko. Nie istnieje bowiem żaden aspekt rzeczywistości, który nie byłby objęty stworzeniem, a więc nie pozostawałby wewnętrznie określony przez fakt, że pochodzi od Boga i jest ku Niemu skierowany. Musielibyśmy więc inaczej spojrzeć na wszystko: na człowieka, byt, naturę; na wiedzę i prawdę; na cele polityki; na sens historii. Innymi słowy, konieczne byłoby odzyskanie kosmologicznego zakresu chrześcijaństwa – pracy obejmującej nie tylko wiarę i moralność, lecz także metafizykę i filozofię przyrody, literaturę oraz sztukę. Oznaczałoby to odzyskanie prawdziwego sensu katolickości Kościoła, a więc jego znaczenia kosmologicznego: nie jako części w obrębie świeckiej całości, lecz jako całości, która obejmuje i sądzi świat.

Nie mam na myśli tego ujęcia katolickości w sensie triumfalistycznym. W gruncie rzeczy ledwie wiemy, co mogłoby oznaczać takie „katolickie rozwiązanie”, ukształtowani jesteśmy bowiem przez kategorie, które naturalnie wyrastają w świecie odwróconym od Boga, a – nie ma co ukrywać – w jakim stopniu sami katolicy ulegli już triumfowi ateizmu. „Śmierć Boga” nie jest wydarzeniem zewnętrznym wobec Kościoła i jego samoświadomości. Niemniej sprzeciwia się logice myśl, że życie Boga mogłoby zostać uchwycone w pełni bez przywrócenia katolickości – czyli kosmologicznego znaczenia oraz konkretnej jedności Kościoła.

Carl Trueman mógłby się zapewne zgodzić z wieloma elementami powyższego stanowiska, choć nie zamierzam umniejszać ewentualnych różnic, jakie – jako prezbiterianin o orientacji ortodoksyjnej – z pewnością miałby wobec takiego ujęcia. W uczciwości należy też dodać, że jego propozycja „konsekracji” stanowi konkluzję książki, a nie jej główny ciężar argumentacyjny. Jest to jednak konkluzja, która prowokuje do niegrzecznego pytania, które prędzej czy później musi się pojawić: czy protestantyzm jest antidotum na „śmierć Boga”, czy raczej jednym z etapów jego przedłużonego rozpadu. Doskonała książka Truemana zasługuje na uznanie nie tylko ze względu na szerokość i głębię jego wglądu w sens naszej epoki historycznej, lecz także dlatego, że zbliża nas do tego właśnie pytania.

Tekst został pierwotnie opublikowany 15 kwietnia 2026 roku na portalu First Things pod tytułem Finding a Pulse. Tłumaczenie redakcji Tertio.

Michael HanbyProfesor uczelni w dziedzinie religii oraz filozofii nauki w Papieskim Instytucie Jana Pawła II Studiów nad Małżeństwem i Rodziną przy Katolickim Uniwersytecie Ameryki.