Jest coś, jak sądzę, na rzeczy w twierdzeniu, że Polacy są świetni w oporze, ale nie tak dobrzy w rządzeniu. Prawie trzydzieści lat temu zapytałem wybitnego polskiego teologa, dlaczego tak się dzieje, a ów dobry dominikanin udzielił doskonałej tomistycznej odpowiedzi – pisze George Weigel.
Adam Michnik był jednym z wielkich mistrzów słowa rewolucji sumień, która zaczęła się kształtować w Polsce w połowie lat 70., została w pełni rozpalona przez Jana Pawła II w czerwcu 1979 roku i zatriumfowała podczas rewolucji 1989 roku.
To właśnie Michnik, broniąc pokojowych metod antykomunistycznego oporu, trafnie zauważył, że ci, którzy zaczynają od szturmowania Bastylii, kończą na budowaniu własnych. To Michnik, w książce z 1977 roku, bronił polskiego katolicyzmu przed antyklerykalnymi kolegami z opozycji, stwierdzając bez ogródek, że od wielu lat Kościół katolicki w Polsce staje w obronie uciśnionych, odgrywając w walce z tyranią rolę, której nie sposób przecenić. To Michnik opisał dziewięć dni Jana Pawła II w czerwcu 1979 roku jako te, które dały wielką lekcję godności.
A jednak w 1991 roku, gdy Jan Paweł II powrócił do postkomunistycznej Polski, którą pomógł wyzwolić, a za hasło jego pielgrzymki ogłoszono Dekalog, Adam Michnik powiedział swojemu (i mojemu) przyjacielowi, o. Maciejowi Ziębie OP, że to koniec polskiej demokracji.
Przypomniałem sobie o tym smutnym, dysonansowym zestawieniu, gdy po czerwcowych wyborach prezydenckich w Polsce pewien polski komentator polityczny, z którym wcześniej wymieniałem e-maile, przesłał mi artykuł, w którym twierdził, że nieznaczne zwycięstwo Karola Nawrockiego, bardziej konserwatywnego kandydata, zmieniło Polskę w „pośmiewisko całego świata”, kraj zdolny do oporu, ale „niezdolny do utrzymania normalnego, poważnego rządu: cokolwiek my [Polacy] zbudujemy, natychmiast zabieramy się za niszczenie”.
To, że reakcja ta była mocno przesadzona – i co, mam nadzieję, nie było tym, co ów polski komentator miał na myśli, mówiąc o „normalnym, poważnym rządzie” – zostało zilustrowane, gdy przegrany kandydat na prezydenta, Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, który zakazał wieszania krzyży w urzędach publicznych, pocieszał swoich sfrustrowanych zwolenników, prowadząc paradę LGBT sponsorowaną przez miasto, na której (jak doniósł mój polski przyjaciel) „swój debiut mieli sataniści z proaborcyjnymi hasłami”.
Jak to wszystko rozumieć?
Jest coś, jak sądzę, na rzeczy w twierdzeniu, że Polacy są świetni w oporze, ale nie tak dobrzy w rządzeniu. Prawie trzydzieści lat temu zapytałem wybitnego polskiego teologa, dlaczego tak się dzieje, a ów dobry dominikanin udzielił doskonałej tomistycznej odpowiedzi: ponieważ idea wolności, która dotarła do Polski w okresie późnego średniowiecza, była koncepcją wolności Williama Ockhama jako czystej samowoli, a nie koncepcją Tomasza z Akwinu – wolności jako przywiązanej do prawdy, ukierunkowanej na dobro i kierującej się rozumem.
Postkomunistyczne przywództwo katolickie w Polsce również popełniło sporo błędów, podsycając obawy świeckiej lewicy, że publicznie zaangażowany polski katolicyzm stworzy coś na kształt autorytarnej Hiszpanii Franco. I nie tylko lewicowi sekularyści mieli obawy: moi przyjaciele spośród byłych studentów Jana Pawła II byli zbulwersowani, gdy kilka lat temu pewien polski arcybiskup powiedział w kazaniu wielkopiątkowym, że ci, którzy w nadchodzących wyborach parlamentarnych nie zagłosują na partię konserwatywną, są jak Poncjusz Piłat.
Jak każdy demokratyczny kraj, Polska jest wyjątkowym przypadkiem. Jednak inny polski komentator polityczny – jeden z najbardziej uczonych i wnikliwych ludzi, jakich znam – dotknął sedna sprawy o bardziej ogólnym znaczeniu, gdy w odpowiedzi na moje pytanie o znaczenie tamtych niedawnych, zaciekle kwestionowanych polskich wyborów prezydenckich, ujął to w następujący sposób:
„Faza schyłkowa liberalnej demokracji (w formie, jaką znamy) jest wyjątkowo ponurym spektaklem. Wybory utrwalają podział, który w coraz większym stopniu podaje w wątpliwość istnienie wspólnoty politycznej jako jedności ponad podziałami. Jest w tym coś z autoagresji państwa. Za ogromne pieniądze państwo organizuje ekscytujący spektakl wzajemnej nienawiści, który prowadzi do dezintegracji społeczeństwa na gardzące sobą nawzajem plemiona”.
Na razie w Polsce te wzajemnie wrogie sobie plemiona w dużej mierze podporządkowują swoje antypatie wspólnym (i całkiem uzasadnionym) obawom przed rewanżystowskim rosyjskim imperializmem. Ale co ze Stanami Zjednoczonymi? Czyż obawy mojego przyjaciela o przetrwanie „wspólnoty politycznej jako jedności ponad podziałami” nie powinny zapalić tu kilku lampek ostrzegawczych? I zarówno w przypadku polskim, jak i amerykańskim, gdzie jest Kościół tworzący przestrzeń, w której ta jedność mogłaby zostać odbudowana, dając przykład racjonalnej dyskusji jako antidotum na złośliwości mediów społecznościowych?
Trudne pytania, bez wątpienia, ale pytania, których nie da się uniknąć, jeśli statek demokracji ma znaleźć drogę między Scyllą państwowego autorytaryzmu a Charybdą narzuconego przez państwo wokeizmu.
Felieton George’a Weigla „The Catholic Difference” jest dystrybuowany przez „Denver Catholic”, oficjalną publikację Archidiecezji Denver. Ten tekst ukazał się na jej łamach 23 lipca 2025 roku.