Kościół zawsze uczył, że człowiek ma wolną wolę i że nic nie może mu odebrać zdolności zwrócenia się ku Bogu. Uczył też jednak o strukturach grzechu – o tym, że warunki, w których żyjemy, realnie decydują o naszym rozwoju duchowym. Cezary Boryszewski, redaktor naczelny „Pressji”, czyta pierwszą encyklikę Leona XIV jako powrót do tego drugiego wątku. I stawia tezę, że jest to być może powrót o krok za krótki.
Rozmowa dostępna na naszym kanale YouTube. Wersja tekstowa wywiadu poniżej.
Mikołaj Musiał: W maju 2026 roku, po 135 latach od publikacji Rerum novarum, papież Leon XIV opublikował swoją pierwszą encyklikę Magnifica humanitas. Już w 2025 roku mój rozmówca zachęcał, a wręcz nawoływał do stworzenia cyfrowego Rerum novarum. Czy Leon XIV spełnił oczekiwania pisma „Pressje” i Klubu Jagiellońskiego? Jednych komentatorów ten tekst zachwyca – są zafascynowani tym, że papież sięgnął po Tolkiena. Inni są oburzeni, że niepotrzebnie przeprasza za niewolnictwo. Jakie są pierwsze impresje kogoś, kto już w chwili wyboru imienia przewidywał, o czym będzie pierwszy duży tekst papieża?
Cezary Boryszewski: Jeżeli chodzi o te przewidywania, to trzeba uczciwie powiedzieć, że nie musieliśmy tutaj uprawiać żadnego specjalnego jasnowidztwa ani uciekać się do pomocy jasnowidza Jackowskiego, żeby domyślić się, o czym będzie pierwsza encyklika. Papież niejako sam odkrył karty, tłumacząc na początku pontyfikatu, skąd wzięło się jego imię. Powiedział wtedy, że tak jak Leon XIII odpowiadał na rewolucję przemysłową, tak on widzi potrzebę odpowiedzi na rewolucję sztucznej inteligencji. W związku z tym fakt, że pierwsza encyklika będzie w jakiś sposób poświęcona temu tematowi, nie byłby wielką niespodzianką. Natomiast kiedy czytamy tę encyklikę, to chyba trzeba powiedzieć jasno: ona właściwie nie jest o sztucznej inteligencji. Myślę, że podtytuł – O trosce o osobę ludzką, o trosce o wspaniałe człowieczeństwo w dobie rewolucji sztucznej inteligencji – najlepiej oddaje jej treść.
Jeżeli chodzi o moje pierwsze impresje, to od razu rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że papież w dwóch pierwszych rozdziałach postanowił opowiedzieć właściwie o katolickiej nauce społecznej jako takiej. Można powiedzieć, że próbuje odpowiedzieć na dwa pytania, a może poprowadzić dwa wykłady. Pierwszy: dlaczego Kościół w ogóle interesuje się polityką i sprawami społecznymi? Dlaczego jako organizacja religijna zabiera głos w kwestiach, podczas gdy według nowoczesnego, liberalnego spojrzenia powinna pozostać jedynie w sferze prywatnej?
Druga rzecz to przedstawienie głównych zasad katolickiej nauki społecznej. Właściwie drugi rozdział, w którym papież omawia takie zasady jak prymat godności osoby ludzkiej, dobro wspólne, preferencyjną opcję na rzecz ubogich, zasadę pomocniczości i tak dalej, jest swoistą pigułką katolickiej nauki społecznej. To jest właściwie takie krótkie kompendium. Jeżeli ktoś chciałby szybko zorientować się, czym jest katolicka nauka społeczna, niekoniecznie musi od razu sięgać po pełne Kompendium nauki społecznej Kościoła. Można powiedzieć, że na początek wystarczy przeczytać tę encyklikę. Wydaje mi się, że to bardzo ciekawy koncept, że papież poświęcił aż tyle miejsca na wyjaśnienie, czym w ogóle jest katolicka nauka społeczna, jakie są jej podstawowe zasady i dlaczego Kościół się nią zajmuje. Ma to dużą wartość, bo jeżeli ktoś po raz pierwszy zetknął się z KNS, to pierwsza encyklika papieża – zwłaszcza przy takiej tematyce – jest dobrym momentem, żeby więcej osób mogło się z tą myślą spotkać. Słyszałem zresztą od znajomego, który pracuje w branży IT, że ta encyklika rzeczywiście zainteresowała również osoby z tego środowiska, które mają szersze horyzonty i nie zajmują się wyłącznie wąsko rozumianą pracą techniczną. To jest dobra okazja, żeby świat zapoznał się z wartościową myślą, stanowiącą cenny paradygmat, przez który można zarówno myśleć o społeczeństwie, jak i próbować je porządkować.
Cieszę się, że uprzedziłeś moje pytanie, bo przyznam, że po lekturze tego tekstu alergicznie reaguję na stwierdzenie, że jest to „tekst o sztucznej inteligencji”. Wydaje mi się, że jest to skrajnie szkodliwe uproszczenie. Czytam tę encyklikę raczej w kluczu antropologiczno-filozoficznym. Skoro jednak zaczęliśmy rozmawiać o katolickiej nauce społecznej, chciałem cię zapytać: jak patrzysz na tę gałąź nauczania Kościoła? Moim zdaniem jest ona mocno zaniedbana. Mało kto zajmuje się nią na poważnie, a jednocześnie KNS bardzo dobrze opisuje naszą rzeczywistość. To nie jest przecież jakaś poboczna kwestia. Nie mówię, że to najważniejszy element Objawienia – bo pewnie Trójca Święta mogłaby się na mnie obrazić i słusznie – ale myślę, że chociażby rozdział poświęcony zasadom, takim jak prymat godności osoby czy powszechne przeznaczenie dóbr, może być dla wielu osób czymś zupełnie nowym.
Jak patrzę na swoje doświadczenie odkrywania katolickiej nauki społecznej, to rzeczywiście wydaje mi się, że – zwłaszcza z różnych powodów dotyczących polskich katolików czy polskich konserwatystów – nie jest ona czymś oczywistym. Generalnie polski konserwatyzm, polscy katolicy, albo szerzej: osoby, które uznają autorytet Kościoła, mają często tendencję do myślenia o polityce i społeczeństwie przede wszystkim w paradygmacie wolnorynkowym. Widzę to zresztą również po swojej historii. Kiedy zaczynałem odkrywać Kościół i jednocześnie pojawiła się we mnie myśl, że zaangażowanie w wiarę oznacza także zaangażowanie społeczne, moimi pierwszymi skojarzeniami były ruch Janusza Korwin-Mikkego albo środowiska narodowe. To dwie pierwsze przestrzenie, które wydawały mi się naturalnymi miejscami takiego zaangażowania. Tymczasem kiedy zacząłem bardziej zagłębiać się w zasady katolickiej nauki społecznej, okazało się, że nie do końca licuje to z myśleniem Korwina. Dlaczego więc w Polsce znajomość tej gałęzi nauczania Kościoła jest tak zaniedbana? To jest dłuższy temat i sam nie mam na to do końca gotowej odpowiedzi. Być może częściowo odpowiada na to tekst Marcina Kawko, który niedługo ukaże się w „Pressjach”. Przy okazji pozwolę sobie na małą reklamę: razem z Klubem Jagiellońskim prowadzimy zbiórkę na wydanie 68. teki „Pressji” zatytułowanej Liberalizm marnotrawny. Jeżeli ktoś jest zainteresowany tym, co przygotowaliśmy w kolejnej tece, może zajrzeć na naszą stronę, wesprzeć wydanie i otrzymać papierowy egzemplarz.
Wracając jednak do samego tematu – w tej tece znajduje się bardzo ciekawy, rozbudowany esej Marcina Kawko, który opisuje ten flirt, a może nawet fascynację polskich katolików ekonomicznym leseferyzmem: prymatem wolnego rynku, niechęcią do interwencjonizmu państwa czy deregulacją. Oczywiście częściowo wynika to z naszego historycznego doświadczenia. Komunizm, gospodarka centralnie planowana, ograniczenie wolności, ataki na religię – wszystko to sprawiło, że wolny rynek zaczął być dla wielu osób symbolem wolności. To jest nasze specyficzne doświadczenie. Natomiast kiedy ktoś myślący mocno wolnorynkowo zetknie się z katolicką nauką społeczną i przeczyta chociażby o zasadzie powszechnego przeznaczenia dóbr, może być naprawdę zaskoczony.
Kościół mówi bowiem, że prawo własności – choć oczywiście ważne i odpowiadające godności osoby ludzkiej – nie jest absolutne. Jest podporządkowane powszechnemu przeznaczeniu dóbr. To oznacza, że jeżeli ktoś posiada ogromny nadmiar dóbr, a obok niego znajduje się człowiek, który nie ma możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb, to podzielenie się nim nie jest kwestią miłosierdzia, ale sprawiedliwości. Jesteśmy zobowiązani udzielić potrzebującemu tego, czego potrzebuje. Dla osoby wychowanej wyłącznie w duchu wolnorynkowym może to być pewnego rodzaju szok. Może się to kojarzyć z etatyzmem, a nawet z socjalizmem. Dlatego szczególnie polskim konserwatystom potrzebna jest naprawdę pogłębiona i uważna lektura katolickiej nauki społecznej oraz świadomość, że nie jest to żaden nowoczesny wymysł ani próba pogodzenia katolicyzmu z nowymi nurtami myślowymi.
Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr ma bardzo długą tradycję. Chociażby u Grzegorza Wielkiego, papieża wczesnego średniowiecza, znajdujemy bardzo mocne stwierdzenie, że jeżeli posiadasz nadmiar dóbr, a obok ciebie znajduje się ubogi i nie dzielisz się z nim, to jesteś złodziejem. To mocne sformułowanie, dlatego myślę, że szczególnie nam, konserwatystom w Polsce, wypadałoby głębiej zapoznać się z tą tradycją. Ale jednocześnie sądzę, że osoby niechętne Kościołowi, które mają dużą wrażliwość społeczną, również mogłyby być zaskoczone tym, ile intuicji, z którymi się zgadzają, znajdą właśnie w katolickiej nauce społecznej.
Wracając do samego tekstu: tak jak wspomniałeś, mamy te dwa pierwsze rozdziały, które można nazwać pewną pigułką. Być może pierwszy jest rozdziałem historycznym – pokazującym hermeneutykę ciągłości, czyli wspominającym kolejnych papieży – rozpoczynając od Leona XIII – i ich wkład w rozwój nauki społecznej Kościoła. Później mamy rozdział dotyczący zasad. Jak odczytujesz ten zabieg? Dla jednych może być to przypomnienie oczywistych rzeczy, a dla innych – pierwsze zetknięcie z tą tematyką. Czy Leon XIV chce pokazać nie tylko przez wybór imienia, ale również przez swoją pierwszą encyklikę, że wymiar społecznego zaangażowania Kościoła będzie dla niego szczególnie ważny?
Nie wiem, czy można powiedzieć, że akurat dla niego ten wymiar będzie szczególnie ważny, bo od czasów Leona XIII właściwie każdy papież miał coś istotnego do powiedzenia w kwestii społecznej. Natomiast zainteresowanie Kościoła urządzeniem społecznym jako takim jest czymś, co chyba nie do końca sobie uświadamiamy. Może też dlatego, że nie odrobiliśmy jeszcze do końca lekcji, które dali nam dwudziestowieczni antropologowie i myśliciele. Chodzi o rzecz fundamentalną: sposób, w jaki ustawione są warunki społeczne, ma ogromny wpływ na nasz rozwój duchowy, a więc ostatecznie także na nasze zbawienie. Oczywiście Kościół zawsze podkreślał, że człowiek zachowuje wolną wolę i że nie ma takiej sytuacji, w której człowiek nie mógłby, oczywiście dzięki łasce, zwrócić się ku Bogu.
Jednocześnie Kościół mówił również o tak zwanych strukturach zła czy strukturach grzechu. To pojęcie bardzo często pojawiało się chociażby u Jana Pawła II. Wydaje mi się, że być może właśnie w tej encyklice zabrakło pogłębienia tego tematu. Chodzi o pokazanie, jak bardzo to, w jaki sposób człowiek funkcjonuje, jakie treści pojawiają się w jego duszy, jakie ma pragnienia i sposób myślenia, zależy od kultury, w której żyje, od relacji społecznych, od sposobu organizacji pracy i od całego otoczenia.
To jest lekcja, którą dają nam dwudziestowieczni myśliciele, tacy jak René Girard czy Pierre Legendre – francuski antropolog, historyk prawa i filozof. Pokazują oni, że człowiek jest w dużej mierze kształtowany przez instytucje. To, jak te instytucje są zorganizowane, ma ogromne znaczenie dla tego, czy człowiek będzie się rozwijał, czy też, mówiąc brutalnie, skarłowacieje.
Człowiek nie rozwija się w próżni. Jest istotą społeczną, ale jednocześnie jest owocem i tworem społeczeństwa, w którym żyje. Jaka kultura go otacza? Jak wyglądają relacje pracy? Jakie jest jego środowisko materialne i ekologiczne? Jak wygląda edukacja? Jakie wzorce otrzymuje od najmłodszych lat? To wszystko wpływa na to, kim człowiek się staje, jak myśli i jakie ma pragnienia.
Dlatego zainteresowanie Kościoła tematyką społeczną jest tak ważne z perspektywy zbawienia. Społeczeństwo jest miejscem, w którym człowiek dorasta i dojrzewa. Od warunków społecznych zależy również to, jak będzie rozwijał się duchowo.
Oczywiście z perspektywy chrześcijańskiej zbawienie jest przede wszystkim zjednoczeniem z Bogiem. Można jednak w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że jest także osiągnięciem pełni potencjału, który Bóg złożył w człowieku. Oczywiście łaska jest czymś więcej niż sama natura – jest pewnym naddatkiem nad naturą, ale właśnie dlatego troska o warunki ludzkiego życia jest tak istotna. Dobrym przykładem jest temat smartfonów, o którym często rozmawiamy w Klubie Jagiellońskim. Jeżeli mamy sytuację, w której dzieci otrzymują smartfony od najmłodszych lat albo tuż przed okresem dojrzewania, a później obserwujemy ogromne trudności psychiczne, problemy z relacjami, wzrost lęków czy poczucia osamotnienia, to jest to realne zagrożenie. Można powiedzieć, że to również zagrożenie duchowe. Jeżeli człowiek ma później trudność z wejściem w relacje, doświadcza samotności, lęku czy depresji, to dotykamy właśnie tej przestrzeni, o którą Kościół walczy – troski o całego człowieka: jego zdrowie fizyczne, psychiczne, ale przede wszystkim duchowe.
Chciałbym, żeby w tym momencie na scenie pojawiła się właśnie sztuczna inteligencja, bo po wprowadzeniu papież zajmuje się tym tematem. Moje pytanie brzmi: w jakiej roli twoim zdaniem ona pojawia się w tej encyklice? Czy jest czarnym charakterem, zagrożeniem, czy może przeciwnie – pewnego rodzaju księciem na białym koniu? Czytając komentarze ekspertów, chociażby księdza profesora Klocha czy innych osób, można spotkać się z bardzo różnymi spojrzeniami. Z jednej strony mamy realne zagrożenia: zmianę paradygmatu, w którym coraz większą władzę nad technologią mają prywatne podmioty międzynarodowe, a nie państwa. Z drugiej strony mamy ogromne możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja. Którą perspektywę przyjmuje tutaj papież?
Z pewnością sztuczna inteligencja nie jest głównym bohaterem tej encykliki. Dla mnie jest to oczywiste. Ona jest raczej pewnym symbolem, można powiedzieć – emblematem zmian, których obecnie doświadczamy. Jeżeli chodzi o tempo, skalę i charakter zmian technologicznych, to rzeczywiście sztuczna inteligencja jest czymś wyjątkowym. Jednak ona stanowi przede wszystkim okazję do opowiedzenia czegoś głębszego. Powiedziałeś wcześniej, że dla ciebie ta encyklika jest bardziej traktatem antropologicznym – i właśnie tutaj rozgrywa się najważniejsza kwestia, czy sztuczna inteligencja okaże się antychrystem, czy nie. Nieprzypadkowo papież zaczyna od dwóch biblijnych obrazów budowy: wieży Babel oraz odbudowy Jerozolimy przez Nehemiasza. Później wraca również do przeciwstawienia, które znamy od świętego Augustyna: Państwa Bożego i państwa ziemskiego. Ostatecznie każda technologia, każda instytucja i każde narzędzie zależą od postawy człowieka, który się nimi posługuje.
Można powiedzieć, że chodzi tutaj o intencje, chociaż chyba jeszcze lepszym słowem byłaby postawa – pewna relacja do świata, nastawienie. Używając języka filozofii Martina Heideggera, można powiedzieć: pewien nastrój. I czym jest ten nastrój, ta podstawowa postawa? Z jednej strony mamy państwo ziemskie – postawę opartą o to, co święty Jan w swoim liście określił jako potrójną pożądliwość: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pychę tego życia. W skrócie można to ująć jako postawę, którą kiedyś bardzo trafnie określił ojciec Szymon Hiżycki, były opat benedyktynów w Tyńcu. Nazwał ją postawą człowieka, który traktuje świat jak „ciastko do zjedzenia”. Czyli: świat jest dla mnie. Mam go skonsumować, wykorzystać, podporządkować sobie. Ja stoję w centrum, a rzeczywistość ma służyć mnie. To jest również jeden z głównych skutków grzechu pierworodnego. Człowiek doświadcza własnej śmiertelności i dlatego pojawia się w nim pokusa: skoro umieram, muszę jak najwięcej z tego świata zdobyć, muszę się zabezpieczyć, muszę korzystać. I właśnie to jest postawa budowniczych wieży Babel. Skoro jestem śmiertelny, skoro boję się utraty, skoro chcę dominować, chcę podporządkowywać sobie innych i świat, to technologia również będzie służyła temu celowi. Będzie narzędziem kontroli, dominacji i wykorzystywania. A ostatecznie może obrócić się przeciwko innym ludziom, a także przeciwko samemu człowiekowi, który się nią posługuje.
Ale mamy również drugą postawę – postawę Nehemiasza odbudowującego Jerozolimę. To jest postawa Państwa Bożego.
Człowiek, który odkrywa miłość Boga i miłość Chrystusa, odkrywa również, że śmierć nie ma ostatecznej władzy nad jego życiem. Nie musi więc kurczowo chwytać się świata. Nie musi go konsumować, zdobywać i podporządkowywać sobie, ponieważ doświadcza tego, że prawdziwe życie otrzymuje od Boga. Może to brzmi bardzo podniośle, ale wydaje mi się, że każdy, kto praktykował modlitwę kontemplacyjną, wie, o czym mówię. Każdy, kto przeszedł tę drogę – oczywiście także przez okresy oschłości i oczyszczenia – wie, że im bardziej człowiek trwa przed Bogiem, tym mniej potrzebuje zaspokajać siebie poprzez różne rzeczy tego świata. I właśnie w tym fundamentalnym rozgałęzieniu znajduje się odpowiedź na pytanie, czy technologia obróci się przeciwko nam, czy nie. Decyduje o tym postawa ludzi, którzy ją tworzą i którzy z niej korzystają.
Trzeba jednak być realistą: człowiek po grzechu pierworodnym ma naturalną skłonność do wybierania drogi państwa ziemskiego. To jest niejako jego „ustawienie fabryczne”. Ale jednocześnie nie oznacza to, że człowiek nie ma w sobie głodu Boga. Jak mówi święty Augustyn: „nasze serce jest niespokojne, dopóki nie spocznie w Bogu”. Ta tęsknota pozostaje.
Jeżeli chodzi natomiast o samą sztuczną inteligencję, papież rzeczywiście zauważa – być może trochę zbyt delikatnie i zbyt mało to akcentuje – że jest to technologia wyjątkowa. Wyjątkowa również pod względem zagrożeń. Jesteśmy bowiem w sytuacji bezprecedensowej: państwa narodowe i organizacje międzynarodowe są często bardzo słabe wobec wielkiego kapitału i wielkich korporacji technologicznych, które tworzą te narzędzia. Możliwość kontroli nad nimi jest znacznie mniejsza niż wcześniej. Dysproporcja pomiędzy zasobami wielkich firm technologicznych a możliwościami ich regulowania staje się ogromna. Być może tego właśnie zabrakło mi trochę w encyklice – mocniejszego podkreślenia tego wymiaru. Często mówi o tym profesor Andrzej Zybertowicz: wiedza, jaką posiadają o nas technologiczni giganci, jest czymś zupełnie nowym w historii. Korzystając z mediów społecznościowych, zostawiamy po sobie ogromną ilość śladów behawioralnych. To daje możliwość wpływania na nasze wybory, nasze myślenie, nasze postrzeganie świata. I wydaje mi się, że ten aspekt mógłby być w encyklice bardziej rozwinięty. Natomiast bardzo się cieszę, że papież przypomniał ten podstawowy traktat egzystencjalny: przeciwstawienie Państwa Bożego i państwa ziemskiego, Babel i Jerozolimy. To jest dla mnie jeden z najważniejszych pryzmatów, przez które chrześcijanin powinien interpretować rzeczywistość, a nawet robić codzienny rachunek sumienia. Pytać siebie: Czy dzisiaj byłem obywatelem Państwa Bożego, czy państwa ziemskiego? Która postawa kierowała moimi myślami, uczuciami i czynami?
Często wydaje mi się, że jednym z zarzutów wobec dokumentów kościelnych jest to, że są one bardzo odległe od codziennego życia. Mam jednak wrażenie, że ważnym punktem tego tekstu jest rozdział pokazujący, co przeciętny człowiek może zrobić. Mówiliśmy przed nagraniem o rozbrojeniu języka, o relacjach, o budowaniu społeczeństwa pokoju, o roli szkoły w świecie nowych technologii. Co więc taki zwykły katolik, chodzący co niedzielę na Mszę, powinien wyciągnąć z tej encykliki? Co jest w niej żywe i praktyczne, a nie pozostaje jedynie teorią?
Tutaj oczywiście od razu nasuwa się cytat z Tolkiena, który papież przywołuje w encyklice. Nie zacytuję go dokładnie z pamięci, ale chodzi o myśl, że naszym zadaniem jest zrobić na tym niewielkim odcinku świata to, co możemy zrobić, a jednocześnie uwolnić się od tego neurotycznego pragnienia zobaczenia natychmiastowych efektów naszych działań. Matce Teresie z Kalkuty przypisuje się zdanie: „Jeżeli chcesz zmienić świat, zmień siebie”. Oczywiście dzisiaj może się to kojarzyć z pewnym coachingowym hasłem i brzmieć banalnie. Ale prawda jest taka, że życie chrześcijańskie często jest bardzo proste. To, co możemy zrobić, to zacząć od małych rzeczy. Odłożyć telefon i wyłączyć go na czas obiadu, kiedy jesteśmy z bliskimi. Wyjść z domu, pójść do najbliższego duszpasterstwa, zacząć uczestniczyć we wspólnocie – nawet jeśli jeszcze nie mamy wielkiego przekonania i pewności. Po prostu zrobić pierwszy krok w stronę wyjścia z samotności. To są bardzo proste rzeczy. Jeden dzień naraz, jedna sytuacja naraz. Wybrać spotkanie z drugim człowiekiem zamiast kolejnej godziny spędzonej na bezmyślnym przewijaniu telefonu. To wydaje się nudne, nie jest spektakularne. Nie wygląda jak wielka systemowa zmiana. Ale od tego właśnie powinien zacząć przeciętny katolik.
Natomiast zadaniem katolickich polityków i osób zaangażowanych społecznie jest tworzenie takiej architektury społecznej, która będzie pomagała ludziom wychodzić ku sobie. Takiej, w której spotkanie z drugim człowiekiem nie wymaga ogromnego wysiłku. Żeby społeczeństwo było tak zaprojektowane, aby relacje, wspólnota i troska o drugiego człowieka stawały się czymś naturalnym. Trochę o tym mówił papież Franciszek w Laudato si’, kiedy opisywał ideę ekologii integralnej. Mówił o miastach przyjaznych człowiekowi, które tworzą przestrzenie wspólne, miejsca spotkania. O tym, że nie chodzi tylko o środowisko naturalne, ale również o środowisko społeczne, które wpływa na nasze zdrowie psychiczne i duchowe. Można oczywiście powiedzieć, że takie rozwiązania są naiwne i mało spektakularne. Ale czasami właśnie te najbardziej oczywiste rozwiązania okazują się najbardziej trafne.
Chciałbym, żebyśmy zahaczyli jeszcze o temat mocnych i słabych stron tego tekstu. Spotkałem się z różnymi opiniami – chociażby profesora Obirka. Przygotowując się do rozmowy z tobą, słuchałem też rozmowy Konstantego Pilawy z Janem Maciejewskim, który też mówił o encyklice z pewną dozą sceptycyzmu. Chciałbym więc poznać twoją perspektywę. Co jest największą zaletą tej encykliki? Co jest jej mocną stroną, a gdzie widzisz jakieś braki?
Pierwszym dużym plusem jest to, o czym mówiłem na początku: papież zaczyna od wykładu katolickiej nauki społecznej. Dla osoby, która nigdy wcześniej nie miała z tym do czynienia, jest to bardzo dobry punkt wejścia. Druga rzecz jest taka, że ta encyklika trochę „zaspokaja kubki smakowe” różnych środowisk. Co mam na myśli? Papieżowi Franciszkowi często zarzucano, że jego dokumenty – na przykład Fratelli tutti – zbyt mocno przypominają dokumenty organizacji międzynarodowych, że jest w nich za dużo języka społecznego, a za mało wyraźnego odniesienia do Boga. Nie będę teraz tego rozstrzygał, bo to osobny temat. Natomiast tutaj mam wrażenie, że Leon XIV bardzo dobrze balansuje. Z jednej strony mamy fragmenty dotyczące spraw społecznych: wojny sprawiedliwej, kryzysu globalizacji czy problemów współczesnego świata. Są rzeczy, które mogą kojarzyć się z tematami podejmowanymi przez Franciszka. Ale z drugiej strony mamy fragmenty bardzo mocno teologiczne. Jest tam moment, w którym papież przypomina, że ostatecznie wszystko znajduje swoje spełnienie w łasce i zjednoczeniu z Bogiem – w tym, co w tradycji chrześcijańskiej, szczególnie wschodniej, określa się mianem przebóstwienia. Mamy również odwołania do literatury, chociażby do Tolkiena. Dla osób mocno zakorzenionych w popkulturze – a nie oszukujmy się, Władca Pierścieni dzięki filmom Petera Jacksona stał się częścią współczesnej kultury masowej – taki zabieg może być bardzo interesujący i przyciągający. Miałem więc wrażenie, że ta encyklika jest rzeczywiście próbą stworzenia pewnej syntezy. Może być ona bliska osobom, które ceniły u Franciszka wrażliwość społeczną, ale jednocześnie odpowiada również na pewne oczekiwania bardziej konserwatywnej części Kościoła.
Natomiast jeżeli chodzi o słabości, to dla mnie największym brakiem jest niewystarczające podkreślenie tego, co rewolucja cyfrowa – w połączeniu ze sztuczną inteligencją – może zrobić z człowiekiem. Być może moje zastrzeżenie wynika z tego, że ostatnio jestem mocno pod wpływem René Girarda oraz Pierre’a Legendre’a. Myślę, że warto w tym miejscu krótko przybliżyć ich myśl. Oczywiście będzie to pewne uproszczenie, ale wydaje mi się, że dobrze pokazuje ono istotę ich odkryć. Ci myśliciele pokazują, że to, co uważamy za nasze własne myśli, pragnienia i wybory, w dużej mierze jest kształtowane przez otoczenie. A jest to bardzo ważne, bo dzisiaj często dominuje pewien mit samorealizacji. Mówi się: „bądź szczęśliwy, realizuj siebie, realizuj swoje najgłębsze pragnienia”. Tylko pojawia się pytanie: skąd właściwie biorą się te pragnienia? Czy rzeczywiście są one całkowicie nasze? Girard pokazuje, że człowiek uczy się pragnąć poprzez naśladowanie. Patrzymy na innych ludzi, na rodziców, na nasze środowisko, na kulturę. Uczymy się, czego warto chcieć. A dzisiaj, w epoce smartfonów, dodatkowo uczymy się tego poprzez media społecznościowe. Patrzymy na rolki na Instagramie, na treści podsuwane przez algorytmy. I może się okazać, że przez mikrotargetowanie oraz wykorzystanie sztucznej inteligencji nasze pragnienia zaczynają dziwnie przypominać to, co akurat wielkie firmy technologiczne chcą nam pokazać. Oczywiście można to powiedzieć w sposób uproszczony, nawet trochę prowokacyjny, ale coś jest na rzeczy.
Wydaje mi się, że tego właśnie zabrakło w encyklice – mocniejszego wejścia w antropologię. Pokazania, że problemem nie jest tylko sama technologia, ale pytanie: Kto kształtuje człowieka? Czy nasze myśli i pragnienia będą kształtowane przez Ewangelię? Czy przez kulturę masową? Czy przez media społecznościowe? Czy przez algorytmy sztucznej inteligencji? To jest prawdziwa stawka – i tego mi zabrakło. Nie tylko w tej encyklice, ale szerzej – mam wrażenie, że Kościół jeszcze niewystarczająco wykorzystał odkrycia nauk społecznych XX wieku.
Co ciekawe, sam papież w pierwszym rozdziale mówi o potrzebie ubogacania katolickiej nauki społecznej odkryciami tych nauk. Dlatego uważam, że warto czytać takich autorów jak René Girard – człowieka, który pod wpływem swoich badań antropologicznych nawrócił się na katolicyzm. Warto czytać Pierre’a Legendre’a, który miał bardzo afirmatywny stosunek do dziedzictwa kultury chrześcijańskiej. Warto też sięgać po takich myślicieli jak Jacques Lacan.
Na pierwszy rzut oka psychoanaliza może wydawać się czymś wrogim chrześcijaństwu, czymś, co je dekonstruuje. Ale paradoksalnie klasyczna psychoanaliza, a szczególnie psychoanaliza lacanowska, może pomóc zobaczyć pewne mechanizmy ludzkiego pragnienia i obnażyć kłamstwa współczesnej kultury. I właśnie tego chciałbym słyszeć więcej w Kościele. Bo paradoksalnie ta „bezbożna nowoczesność” – mówiąc oczywiście trochę prowokacyjnie – dała nam wiele narzędzi, które mogą pomóc ją przekroczyć i ponownie odkryć drogę do Boga.
Nie chcę, żeby ta rozmowa zastąpiła wam, drodzy Czytelnicy, obowiązek – albo raczej przywilej – przeczytania Magnifica humanitas samodzielnie. Bardzo chciałbym ci podziękować za spotkanie i za tę rozmowę. A państwa zachęcam również do wspierania wydania 68. teki „Pressji”.

