Aby w ogóle rozważać możliwości trwałego pokoju w Europie, należy już na wstępie zauważyć, że toczący się konflikt na wschodnich rubieżach państwa ze stolicą w Kijowie nie jest wymierzony wyłącznie przeciwko niemu. Co więcej – i to wydaje się kluczowe – nie jest to także wyłącznie „wojna Władimira Putina” – pisze Marcin Lupa, przedłużając polemikę Krzysztofa Koniecznego z George’em Weiglem.
Patrząc z perspektywy Moskwy, a taka jest niezbędna dla zrozumienia przyczyn obecnej agresji, działania Kremla są konsekwencją odrzucenia przez Zachód rosyjskiej „propozycji pokoju”, opartej na nowej koncepcji „architektury bezpieczeństwa”. Propozycja ta nie była wyłącznie wyrazem ambicji samego Putina, lecz stanowiła kolejną odsłonę realizacji stałego elementu rosyjskiego imperializmu, którego korzenie sięgają jeszcze państwa moskiewskiego nad Wołgą.
Kluczem do zrozumienia problemu pozostaje ultimatum z 17 grudnia 2021 roku, przedstawione jako projekt traktatu między Rosją a NATO (dokument ten pozostał wyłącznie projektem traktatu przedstawionym do negocjacji i nigdy nie został ratyfikowany ani formalnie wprowadzony w życie przez żadną ze stron). Ukraina nie odgrywa w nim centralnej roli, choć w artykule 6. pojawia się jednoznaczny zapis traktujący ją jako domyślną część rosyjskiej strefy wpływów: „Wszystkie państwa członkowskie NATO zobowiązują się powstrzymać od dalszego rozszerzania Sojuszu, w tym od przyjęcia Ukrainy czy innych państw”. Jeszcze bardziej niepokojący, zwłaszcza z polskiej perspektywy, był artykuł 4. tego ultimatum, zgodnie z którym: „Federacja Rosyjska i wszystkie państwa, które były członkami NATO w dniu 27 maja 1997 roku, odpowiednio, nie będą rozmieszczać wojsk ani uzbrojenia na terytorium innych państw europejskich ponad te siły, które już tam stacjonowały w tym dniu”. Innymi słowy, rosyjska wizja „nowej architektury bezpieczeństwa” zakładała faktyczne wycofanie NATO z krajów przyjętych do Sojuszu po 1997 roku, a więc także z Polski.
Mając to na uwadze, a także biorąc pod uwagę liczne komunikaty płynące z Kremla od czasu rozpoczęcia tzw. „Specjalnej Operacji Wojskowej” – nawiasem mówiąc, pierwotnie planowanej jako trzydniowa akcja – staje się jasne, że w rosyjskiej optyce stawką tej wojny nie jest suwerenność Ukrainy. Jej prawdziwym celem jest osłabienie i w dalszej perspektywie pozbawienie państw Europy Środkowej zachodniego parasola bezpieczeństwa, zaś sama wojna w Ukrainie pełni w tym planie rolę narzędzia prowadzącego do tego strategicznego celu.
Sytuacja ogólna
Choć rosyjska ofensywa we wschodniej Ukrainie ślimaczy się już blisko trzy lata, trudno nie zauważyć, że od końca 2023 roku to Moskwa posiada inicjatywę strategiczną na większości odcinków frontu (z wyjątkiem niespodziewanej i zakończonej niepowodzeniem ukraińskiej ofensywy w obwodzie kurskim). Według amerykańskiego portalu Russia Matters, założonego przy Harvard Kennedy School, łączne straty rosyjskie wyniosły około 790 tysięcy zabitych i rannych, podczas gdy straty ukraińskie szacowane są na około 400 tysięcy. Z uwagi na istotnie mniejszą populację, przy zbliżonych liczbach bezwzględnych ofiar wskaźnik ofiar na 100 tys. mieszkańców będzie w Ukrainie wyraźnie wyższy niż w Rosji. Co więcej, niemal całkowitemu wyczerpaniu uległa kadrowa i ochotnicza armia ukraińska, która wcześniej prowadziła najskuteczniejsze operacje tej wojny.
Straty w sprzęcie są także znaczące: po stronie rosyjskiej szacuje się je na około 13 tysięcy czołgów i pojazdów opancerzonych, po stronie ukraińskiej — niecałe 5 tysięcy. Obie strony jednak zdołały wypracować mechanizmy kompensacji. Rosja wprowadziła gospodarkę na tryb wojenny, zwiększając produkcję zarówno systemów ofensywnych, służących do terrorystycznych ataków na infrastrukturę i miasta, jak i sprzętu pancernego, który obecnie wykorzystywany jest w ograniczonym zakresie ze względów taktycznych. Ukraina natomiast w dużej mierze opiera się na dostawach zachodnich — zmiennych w intensywności, ale dotychczas wystarczających, aby utrzymać bieżący poziom działań wojennych oraz coraz prężniej działającej rodzimej produkcji (np. skokowo rosnąca produkcja armatohaubic 2S22 Bogdana).
Według Financial Times, Ukraina znalazła się jednak w poważnym kryzysie kadrowym, szczególnie widocznym na liczącym około tysiąca kilometrów froncie. Zdarzały się przypadki stosowania brutalnych metod mobilizacyjnych: mężczyzn porywano z ulic i siłą ładowano do autobusów rekrutacyjnych. W 2025 roku odnotowano ponad 500 przypadków oporu wobec działań Terytorialnych Centrów Rekrutacji (TCR). To właśnie problem kadrowy armii ukraińskiej ujawnia sedno obecnej sytuacji i wyjaśnia, w jaki sposób Rosja realizuje swoją koncepcję wojny na wyniszczenie. O ile dzięki hojnemu wsparciu finansowemu i sprzętowemu Zachodu Ukraina jest w stanie nadal prowadzić obronę, o tyle niedobory w sile żywej stają się alarmujące, wręcz dramatyczne. Tym większe zdziwienie budzi decyzja Wołodymyra Zełenskiego, który niedawno wydał zgodę na wyjazd młodych Ukraińców w wieku 18–22 lat za granicę. Formalnie pobór w Ukrainie dotyczy osób od 25. roku życia, lecz przy obecnych brakach kadrowych umożliwienie emigracji młodszym rocznikom wydaje się decyzją co najmniej kontrowersyjną. Możliwe, że zaważyły względy polityczne — obawa przed protestami młodzieży, ich rodziców i widmem kolejnego Majdanu. Władze w Kijowie tłumaczyły tę decyzję potrzebami edukacyjnymi i ekonomicznymi oraz „podtrzymaniem tożsamości narodowej” młodego pokolenia, co brzmi jednak jak wyjątkowo zawiła interpretacja.
Podsumowując, mimo horrendalnych strat w ludziach i sprzęcie, to Rosja znajduje się obecnie w korzystniejszej pozycji strategicznej. Moskwa dysponuje możliwością dalszego prowadzenia działań wojennych oraz potencjałem do redukcji ukraińskich sił zbrojnych do poziomu, który może zagrozić funkcjonowaniu armii jako całości. W takim układzie trudno oczekiwać, by Władimir Putin był gotów poważnie rozmawiać o pokoju z Zełenskim i jego zachodnimi sojusznikami, jeśli nie uzyska w zamian przynajmniej części postulatów sformułowanych w ultimatum z grudnia 2021 roku.
Gwarancje bezpieczeństwa, czyli wielki blef Europy
George Weigel przypomina o „odpowiedzialności państw europejskich” – zarówno tych, które jako następne mogą stać się celem rosyjskiej agresji, jak i tych bogatych, które ryzyko konfrontacji z postsowiecką menażerią znają głównie z książek historycznych. Zacznijmy jednak od podstaw: Europa sama w sobie nie jest w stanie udzielić realnych gwarancji bezpieczeństwa bez obecności wojsk amerykańskich. A tych, zgodnie z doktryną „no boots on the ground”, na stepach naszego wschodniego sąsiada zwyczajnie nie zobaczymy.
Potencjał militarny Europy można dziś bez przesady określić mianem „czarnej dziury”. Lata zaniedbań i systematycznych cięć w siłach zbrojnych doprowadziły do katastrofalnego stanu armii większości państw, a ich odbudowa będzie wymagała dekad wytężonej pracy. Owszem, na tle ogółu wyróżniają się państwa wschodniej flanki NATO, choć w przypadku Polski dominują przede wszystkim zakupy zachodniego, bardzo drogiego uzbrojenia. Jest ono niezbędne, ale w potencjalnym konflikcie z Federacją Rosyjską nie będzie czynnikiem rozstrzygającym. Mimo to Polska pozostaje jednym z nielicznych pozytywnych przykładów, a lipcowy szczyt w Hadze, podczas którego zapowiedziano zwiększenie wydatków obronnych do 5% PKB do roku 2035, należy uznać za sukces – choć, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach.
Około 1,5% tych wydatków ma bowiem trafić na „strategiczną infrastrukturę o podwójnym przeznaczeniu”. W praktyce oznacza to, że Włosi wliczają w pakiet obronny budowę mostu przez Cieśninę Mesyńską, łączącego Sycylię z kontynentem. Argumentacja brzmi poważnie – szybki transport wojsk włoskich i NATO ulokowanych na Sycylii – ale trudno nie zauważyć, że mamy do czynienia z klasycznym „obejściem” wydatków stricte wojskowych. Z drugiej strony Hiszpania całkowicie odrzuciła możliwość zwiększenia nakładów na obronność do poziomu 5% PKB, co jasno pokazuje skalę rozbieżności wewnątrz Unii.
Pod nowym kanclerzem, Friedrichem Merzem, Niemcy zapowiedziały gigantyczny program modernizacji Bundeswehry, wart 650 miliardów euro w latach 2025–2030. Problem w tym, że na razie to pieśń – i to wcale niepewnej – przyszłości. W praktyce Republika Federalna Niemiec (RFN) nie jest dziś w stanie wystawić nawet jednej pełnej brygady (sic!) do wsparcia litewskiego sojusznika. Ukompletowanie 45. Pancernej Brygady (Litauen-Brigade) planowane jest dopiero na 2027 rok. Tymczasem Wielka Brytania dysponuje armią liczącą około 70 tysięcy żołnierzy, borykającą się z poważnymi deficytami kadrowymi, a Francja – mimo największego potencjału militarnego w Europie Zachodniej – również miałaby poważny problem z wystawieniem i utrzymaniem brygady w Ukrainie.
Powiedzmy więc otwarcie: dyskusje o wysłaniu wojsk europejskich do Ukrainy są czystą fikcją. W grę wchodzi jedynie symboliczny kontyngent, który w żaden sposób nie będzie stanowił realnej gwarancji bezpieczeństwa dla Kijowa.
Zawieszenie broni à la Wersal
Weigel słusznie zauważa, że potencjalne „zawieszenie broni” między Ukrainą a Rosją byłoby kruche i krótkotrwałe. Mimo to, w obecnych warunkach byłaby to sytuacja korzystna dla pogrążonego w kryzysie rekrutacyjnym Kijowa. Właśnie dlatego Władimir Putin dąży nie tyle do tymczasowego rozejmu, ile do… trwałego pokoju – oczywiście na warunkach przynajmniej częściowo realizujących imperialne interesy Rosji.
Nawet mocniejsze zaangażowanie Stanów Zjednoczonych, o które apeluje m.in. opinia publiczna w Polsce, nie gwarantuje zmiany kursu Moskwy. Wielu analityków powtarza niczym mantrę, że USA powinny uderzyć w rosyjski sektor naftowy i stosować bardziej agresywne sankcje pośrednie, podobne do tych ostatnio nałożonych na Indie. Warto jednak zauważyć, że destabilizacja rynku surowców ropopochodnych nie leży w interesie Waszyngtonu. Stany Zjednoczone są dziś największym producentem ropy na świecie – zarówno w liczbach absolutnych (miliony baryłek dziennie), jak i w udziale procentowym w globalnej produkcji (20–22%). De facto więc Rosja i USA dzielą wspólny interes w utrzymywaniu wysokich cen ropy, a rozmowy Putina z Trumpem na Alasce mogły dotyczyć właśnie tego obszaru.
Waszyngton nie posiada obecnie wyraźnych atutów w konflikcie ukraińskim. Zarówno Demokraci, jak i Republikanie nie mają ochoty na eskalację i większe zaangażowanie w Europie, gdyż priorytetem USA pozostaje region Indo-Pacyfiku oraz rosnące wyzwanie ze strony Chin. W tej sytuacji scenariusz rozejmu – „prawdopodobnie bardziej kruchego niż 'zawieszenie broni’ zawarte w Wersalu”, jak pisał George Weigel – jawi się dla Ukraińców jako rozwiązanie pożądane. Dawałby on czas na odbudowę kadr armii i pozwalał uniknąć otwartego zrzeczenia się Donbasu czy Krymu, co politycznie byłoby niezwykle trudne do przeprowadzenia.
Pewną nadzieję dla Kijowa stanowią problemy gospodarcze Rosji. W 2025 roku gospodarka rosyjska coraz wyraźniej wchodzi w fazę stagflacji – jednoczesnego spowolnienia wzrostu i utrzymywania się wysokiej inflacji. Oficjalne prognozy mówią o spadku wzrostu PKB do 1,5% (z wcześniejszych 2,5%), przy dynamice 1,1% rok do roku w II kwartale. Inflacja konsumencka utrzymuje się na poziomie 8,8–9%, mimo drakońskiej polityki monetarnej (stopy procentowe sięgały 21%, obecnie wynoszą 18%).
Do tego Ukraina dysponuje już bronią umożliwiającą atakowanie strategicznych celów na terytorium Rosji aż po Ural. Pocisk manewrujący FP-5 „Flamingo” o zasięgu do 3000 km stawia Kijów w nowej sytuacji strategicznej – porównywalnej z posiadaczami rosyjskich Kalibrów czy amerykańskich Tomahawków. Produkcja seryjna rozpoczęła się w połowie 2025 roku, obecnie wynosi około 1 pocisk dziennie, a do jesieni ma wzrosnąć do 7 dziennie (210 miesięcznie).
Niektórzy eksperci zakładają, że Ukraina przygotowuje się do intensywnych jesiennych operacji powietrznych na terytorium Rosji, co mogłoby zwiększyć presję na Kreml i zmusić go do rozważenia rozejmu bądź rozmów pokojowych. To jednak scenariusz mocno życzeniowy, nieuwzględniający rosyjskiej determinacji. Moskwa wielokrotnie udowadniała, że potrafi prowadzić wojny nawet przy skrajnie niesprzyjających warunkach gospodarczych, ignorując zarówno koszty dla własnych obywateli, jak i kondycję krajowej gospodarki.
